Kraina dzikich pszczół
W "Miodzie", ostatniej odsłonie filmowej trylogii, Semih Kaplanoglu wspomina Turcję lat swojego dzieciństwa
W porównaniu z rzeką turystów, która co roku napływa z całej Europy w kierunku egejskiej części Turcji, do czarnomorskiego wybrzeża tego kraju dociera zaledwie strumyczek. Tymczasem jest to chyba najbardziej malowniczy spośród wszystkich tureckich regionów. Jadąc od Istambułu szosą na wschód, mijamy po lewej skaliste przylądki Morza Czarnego, po prawej mamy zmieniające się nieustannie widoki dzikich Gór Pontyjskich. Z jednej strony ruiny starożytnych twierdz, z drugiej - wodospady i wiszące nad przepaścią średniowieczne monastery. I tak jest przez ponad tysiąc kilometrów.
Spadające ku morzu stoki gór pokrywają lasy, tak bogate w roślinność jak rzadko które w Turcji. Jedną z takich leśnych dolin wybrał na miejsce akcji swojego ostatniego filmu turecki reżyser Semih Kaplanoglu. Jego kontemplacyjny "Miód" to opowieść o małym Jusufie, synu zbieracza miodu dzikich pszczół, które lęgną się w konarach topól doliny Agasar.
Rodzina i sąsiedzi chłopca to Czepni, jedna z bardziej interesujących grup etnicznych, z których składa się naród turecki. Przybyli tutaj przed wiekami ze wschodnich stepów, przynosząc ze sobą kolorowe stroje, tajemnicze wierzenia i żywy do dziś tradycyjny obyczaj.
Jusuf mieszka z rodzicami na stoku góry, u której stóp leży wioska Salpazari, największa osada w dolinie. Codziennie schodzi na dół do szkoły, prowadzony lotem sokoła trzymanego w rodzinnym gospodarstwie. Malca ciągnie jednak w przeciwnym kierunku. Tam bowiem, w lasach pod szczytem góry Sis, zbiera miód jego ojciec. Las to tajemnica światła i dźwięków, które chłonie przyszły poeta i reżyser. Fabuła filmu Kaplanoglu jest po trosze jego autobiografią.
Nazwa Gór Pontyjskich przechowuje pamięć o starożytnym królestwie Pontu, podbitego dla Rzymu przez Juliusza Cezara. Port Trabzon, największe miasto tego regionu, był później stolicą cesarstwa Trapezuntu, kawałka Bizancjum, które przetrwało o kilka lat upadek Konstantynopola. Mimo rzezi i wypędzeń dokonywanych przez Turków w latach 20. do dziś przetrwały tu nieliczne grupy Greków. Lokalną ciekawostką jest kilka greckich wiosek w okolicy Salpazari. W czasach sułtańskiego ucisku ich mieszkańcy praktykowali chrześcijaństwo w ukryciu, na zewnątrz deklarując się jako muzułmanie. Do dziś pozostali przy islamie, nie odżegnują się jednak od chrześcijaństwa.
We wschodniej części prowincji żyją Lazowie mówiący językiem pokrewnym gruzińskiemu. Z Turkami łączy ich wyznawany islam, jednak ich folklor jest zupełnie niepodobny do tureckiego. Lazowie słyną z wojowniczości i na dobrą sprawę nigdy nie zostali podbici do końca.
Pontyjskich Greków, Turków i Lazów łączy jedno - wszyscy tańczą horon. Choć nazwa tego tańca wywodzi się z greckiego "choros" (taniec), jest on niepodobny do żadnego innego. Mężczyźni i kobiety, trzymając się za ręce, tworzą długi szereg. W zasadzie stoi on w miejscu, ale nie jest nieruchomy - tancerze są dosłownie wstrząsani tran- sowym, pulsującym rytmem instrumentu. Podobno dawno temu gromadka tutejszych dziewcząt, nie chcąc wpaść w ręce najeźdźców, w rytm kroków horonu rzuciła się w dół ze stromej skały.
Co to za instrument, który prowadzi ludzi do takiego szaleństwa? To kemencze, pontyjska odmiana gęśli, o wąskim kształcie, jak nasze góralskie złóbcoki. Mają tylko trzy struny, ale smyczek zręcznego skrzypka potrafi wydobyć z nich całą gamę jęczących i wibrujących dźwięków, strojonych w surowej dla europejskiego ucha, specyficznie wschodniej tonacji.
Góry Pontyjskie to zagłębie wirtuozów kemencze. Starsze pokolenie reprezentuje Katip Szadi, młodsze godnie reprezentuje charyzmatyczny, długowłosy Selczuk Baldżi, którego gra przywodzi skojarzenia z "diabelską" muzyką Paganiniego.
Najwięksi mistrzowie kemencze od pokoleń wywodzą się z miasteczka Gorele. To bardzo blisko miejsc, w których toczy się akcja "Miodu". Corocznie od sierpnia do września Salpazari i cała dolina Agasar rozbrzmiewają tradycyjną muzyką - każda jajła (hala pasterska) urządza tutaj swój taneczny festiwal. Jeden z takich występów możemy obejrzeć w filmie Kaplanoglu.
W innej scenie pokazana jest uroczystość Miracz Kandili, jedna z trzech świętych nocy islamu, upamiętniająca wniebowzięcie Mahometa. Podczas tego święta iluminuje się minarety i dachy meczetów. Mały Jusuf, po śmierci ojca zabrany do babki, jest tam świadkiem zgromadzenia. W pokoju stare kobiety recytują sury Koranu. Chłopiec nie włącza się do nocnej modlitwy; znacznie bardziej interesuje go stojące za progiem blaszane wiadro, w którym pięknie odbija się okrągły księżyc.
"Miód" to ostatni odcinek filmowej trylogii opisującej historię Jusufa. "Jajko" pokazano w 2007 r. w Cannes, "Mleko" - rok później w Wenecji. Nakręcony w 2010 r. "Miód" przywabił w Berlinie Złotego Niedźwiedzia dla reżysera.
Trylogia Semiha Kaplanoglu jest opowieścią o odwróconej chronologii - ostatni film mówi o najmłodszych latach bohatera. Na tle poprzednich, "Miód" wyróżnia się swoistą ekspresją. Ludzie mało tu mówią, w tle filmowych scen pełno za to głosów leśnych ptaków, szumu deszczu i skrzypienia drzew. Nie ma tu scen przemocy, nie ma nawet negatywnych postaci, rzekomo niezbędnych we wciągającej fabule. Bohaterowie "Miodu" rzadko się uśmiechają. To ludzie pontyjskiej wsi - surowi, ale prawdziwi w swoich gestach.
@RY1@i02/2011/223/i02.2011.223.196.007a.001.jpg@RY2@
Jacek Borkowicz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu