Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Jak niszczyć mity

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Retrospektywa filmów Todda Solondza będzie jednym z najważniejszych wydarzeń drugiej edycji American Film Festivalu. Reżyser z tej okazji odwiedzi Wrocław

Obcowanie z kinem Todda Solondza dostarcza perwersyjnej satysfakcji. Trudno znaleźć dziś reżysera, którego filmy z większą gracją wprawiałyby odbiorcę w zakłopotanie. Twórczość autora "Happiness" jednocześnie fascynuje i odpycha, oskarża i rozgrzesza, wzbudza na przemian śmiech i grozę. Pod tym względem stanowi doskonałą odtrutkę na słodycz sączącą się z większości amerykańskich filmów o zagubionych w rzeczywistości wrażliwcach. Przenikliwie ironiczny Solondz należy do najbardziej oryginalnych artystów współczesnego kina. Już 15 listopada reżyser pojawi się we Wrocławiu jako najważniejszy gość tegorocznego American Film Festivalu.

Z dzisiejszej perspektywy łatwo zapomnieć, że artystyczne początki Solondza nie były usłane różami. Debiutancki film pod tytułem "Fear, Anxiety and Depression" nie spodobał się reżyserowi na tyle, że do dziś z trudem przyznaje się do jego zrealizowania. Początkowe niepowodzenia zaowocowały kilkuletnią przerwą w uprawianiu zawodu. W trakcie tego okresu reżyser imał się zaskakujących zajęć w rodzaju nauczania języka angielskiego grup rosyjskich emigrantów. Na szczęście dla światowego kina Solondz ostatecznie zdecydował się na powrót za kamerę. Niewiele brakowało jednak, aby kolejna próba również zakończyła się niepowodzeniem. Zrealizowane w 1995 roku "Witaj w domku dla lalek" nie znalazło uznania w oczach selekcjonerów z Cannes i Wenecji. Na talencie Solondza poznali się dopiero organizatorzy festiwalu w Toronto, którzy urządzili filmowi światową premierę. Powtórny debiut reżysera zachwycił widzów i krytyków, a następnie rozpoczął triumfalny marsz reżysera w górę branżowej hierarchii. Solondz rozwija zaprezentowane w "Witaj w domku..." zamiłowanie do kontrowersyjnej tematyki i moralnej dwuznaczności. W filmach, które sam nazywa smutnymi komediami z pasją podkopuje mit szczęśliwej amerykańskiej rodziny. Jednocześnie nie ma problemów z uczłowieczaniem pozornie najbardziej zdegenerowanych bohaterów. Solondz wydaje się zdecydowany, by z godną podziwu determinacją bronić swych najbardziej radykalnych pomysłów. Gdy został zmuszony do ocenzurowania sceny erotycznej w "Opowiadaniu", na ciałach aktorów umieścił czerwony prostokąt jednoznacznie wskazujący widzowi, że padł ofiarą manipulacji. Kilka lat później zdecydował się, by poświęcić własne oszczędności na sfinansowanie poruszających tematykę aborcji "Palindromów". Ryzyko w pełni się opłaciło. Film zakwalifikował się do konkursu głównego w Wenecji, gdzie zebrał znakomite recenzje.

W ostatnich latach bezkompromisowa postawa Solondza coraz częściej bywa podawana w wątpliwość. Po obejrzeniu "Życia z wojną w tle" i "Czarnego konia" część polskiej krytyki zarzucała reżyserowi koniunkturalizm i niebezpieczne dryfowanie w stronę głównego nurtu. W dwóch najnowszych filmach Solondz faktycznie ograniczył liczbę prezentowanych na ekranie patologii i potraktował swoich bohaterów z większą łagodnością. Kostium akceptowalny przez bardziej masową widownię wciąż skrywa w sobie jednak groteskową wizję rzeczywistości. Prowokacyjny zapał Solondza zatacza w ten sposób coraz szersze kręgi.

@RY1@i02/2011/218/i02.2011.218.196.023b.001.jpg@RY2@

@RY1@i02/2011/218/i02.2011.218.196.023b.002.jpg@RY2@

Piotr Czerkawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.