Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

płyty, filmy, koncerty

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

We wszystkich recenzjach, jakie znalazłem do momentu wstukiwania tych słów na klawiaturze, leje się zachwyt nad nową solową płytą wokalistki Hey Katarzyny Nosowskiej. Płyta "8" jednak wcale genialna nie jest, jest ledwie (jak na Nosowską) dobra. Każda inna wokalistka mogłaby ten album brać w ciemno. Nosowska ponownie zaryzykowała i chwała jej za to. Niestety płyta po pierwszym zachwycie gubi tempo, mniej więcej od siódmego numeru zaczyna obojętnieć.

Na początku jest wprowadzający w mroczny, hipnotyczny klimat "Rozszczep". Po nim pulsujący "Daj spać!" z prostym perkusyjnym bitem i rytmicznym klawiszem, który Nosowska co chwilę zagłusza wrzaskiem. Dalej "Polska" z doskonałym tekstem, ale irytującym jednostajnym pianinem. Są też: taneczna "Nomada", balladowe "Kto?" (dla mnie przez dłuższy fragment jak wariacja na temat motywu przewodniego z "Emmanuelle") i na koniec minimalistyczny "O lesie". Do pojedynczych numerów autorstwa Marcina Macuka (odpowiedzialnego też muzycznie za "UniSexBlues") doskonale wyprodukowanych przez duet Macuk - Marcin Bors trudno się przyczepić. Tym bardziej do tekstów. Mam jednak wrażenie, że autorzy nie mieli pomysłu na koncept płyty. Nagrali dobry album, bo każdy z nich jest mistrzem w swoim fachu. Źle jednak o nim świadczy, że po połowie zaczyna drażnić monotonnością, brakuje na nim muzycznych petard.

@RY1@i02/2011/185/i02.2011.185.196.027a.001.jpg@RY2@

WP

Portamento - włoski termin muzyczny oznaczający płynne przejście od jednego dźwięku do drugiego - tak nazwał swój drugi album brooklyński The Drums. To tyleż idealnie pasujące określenie, co ukazujące słabość tego albumu. Przejścia między numerami na "Portamento" są bowiem tak płynne, że po połowie płyta staje się nudna. Ten sam bass a la New Order, wokal zahaczający o The Smiths, odrobina klawiszy i prosta gitara wystarczą na kilka numerów. Szybko jednak płyta ulatnia się, bo The Drums niczym nie zaskakują, nie powodują, że chce się posłuchać ich płyty do końca.

@RY1@i02/2011/185/i02.2011.185.196.027a.002.jpg@RY2@

WP

Solowy debiut Candice Night, członkini folkowo-rockowej grupy Blackmores Night, jest dokładnie taki jak image wokalistki - przesłodzony. Słodka blondynka Candice ma aksamitny, łagodny wokal i karmi nim na "Reflections" niemiłosiernie. Przypominające momentami dźwięki charakterystyczne dla Clannad może i wyciszają i wprowadzają w błogi nastrój, ale potrafią też drażnić. Za mało na "Reflections" życia, nieprzewidywalnych brzmień i zabaw wokalem. Jeżeli jednak ktoś chce w spokoju usiąść przy złej pogodzie do lektury romansu, sprawdzi się idealnie.

@RY1@i02/2011/185/i02.2011.185.196.027a.003.jpg@RY2@

WP

Instrumenty są kluczem trzeciej odsłony zestawu "Antologia Polskiego Bluesa". Pięć płyt (6 strun i palce, Bluesy na różne instrumenty, Czarodzieje harmonijki, Pogromcy gitary 1 i 2), 95 utworów i gros ciekawostek w książeczkach - tak w skrócie wygląda ten zestaw. Przekrój bardzo szeroki: od perełek w stylu numerów Breakoutu z Tadeuszem Nalepą i Włodzimierzem Nahornym na czele do niestety nieudolnych polskich coverów klasyków. Gdyby z tego zestawu zrobić trzy płyty, byłoby bardzo dobrze.

@RY1@i02/2011/185/i02.2011.185.196.027a.004.jpg@RY2@

Wojciech Przylipiak

Osiemdziesięcioletni Saura jest jednym z ostatnich nestorów kina autorskiego w Europie. Nie szuka nowości, nie ściga się z młodymi - i wygrywa. Odkąd zaprzestał realizacji filmów z silnym przekazem politycznym, zajął się tym, co kocha - muzyką i tańcem.

Żaden inny filmowiec nie zrobił tyle dla popularyzacji flamenco, fado czy tanga co Saura. Jego taneczne filmy są dystrybuowane na całym świecie, również w Polsce twórca "Iberii" jest jedynym, poza Almodóvarem, reżyserem z Hiszpanii, którego tytuły regularnie goszczą w kinach. "Salomé" z 2002 roku to wyjątek. Film nie miał wcześniej polskiej premiery.

"Salomé" jest osobliwym musicalem, zbudowanym z dwóch części. Pierwsza ma charakter reportażowy. Powstaje spektakl taneczny, którego fabułę stanowi biblijny apokryf o młodej kobiecie z Galilei, która mszcząc się za nieodwzajemnione uczucie do Jana Chrzciciela, wykonuje przed Herodem taniec brzucha zwany "tańcem siedmiu welonów", za który oczekuje głowy oblubieńca. Saura z ekipą trafia za kulisy, dopytuje o szczegóły przedstawienia. Następnie oglądamy spektakl. Welony (woale) Salomé zostały zastąpione ognistym flamenco w jej wykonaniu. Saura wspólnie z wybitną tancerką, Aídą Gómez, raz jeszcze przenosi nas w rejony, w których mowa ciała jest wyrazicielką emocji, a taniec przekazuje uczucia.

@RY1@i02/2011/185/i02.2011.185.196.027a.005.jpg@RY2@

Łukasz Maciejewski

Miłośnicy kina odnajdą w zestawie "Kanon filmów polskich - klasyka" (prawie) wszystko, co stanowiło o sile naszej kinematografii. Od "Kanału" Wajdy do "Mojego Nikifora" i "Placu Zbawiciela" Krauzego. Pomiędzy tymi kanonicznymi tytułami znajdziemy również m.in. "Pociąg" Kawalerowicza i "Przesłuchanie" Bugajskiego. Filmy Polańskiego ("Nóż w wodzie"), Konwickiego ("Salto"), Morgensterna ("Do widzenia, do jutra") czy wspomnianego Wajdy ("Popiół i diament", "Niewinni czarodzieje").

Większość tytułów pochodzi z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Polska szkoła filmowa. Typowy bohater szkoły wychodził z wojny okaleczony. Bezradny, samotny, często agresywny. Nowa rzeczywistość była nadana, walka z nią była walką z wiatrakami, a przecież romantykowi "szkoły polskiej" bliżej było do Kordiana niż Don Kichota. Dlatego w powojennej rzeczywistości najprzystojniejsi chłopcy i najładniejsze dziewczyny wiercili się w niepokoju, chronili wojenne, AK-owskie "ja", które naraz zostało wyśmiane i wyszydzone. Chronili szlachetność, bo nie chcieli pozwolić, żeby została zbrukana. Nie mieli jednak sił. Po drodze osłabli. Nie zmężnieli. "Mam dwadzieścia osiem lat i nic mi się w życiu nie udało" - mówi mężczyzna (Jan Machulski) w "Ostatnim dniu lata" Konwickiego. I nic się nie uda.

Filmy Polańskiego, Morgensterna, Konwickiego, Krauzego czy Wajdy są nie tylko zapisem swoich czasów - przenikliwie wirażowanym klinem uczciwej pamięci wobec brudnej teraźniejszości, została w nich także zawarta, często w wybitnej artystycznie formie, narodowa kondycja. Wieczny polski stempel z bolesnym romantyzmem (jak w filmach Wajdy), brawurową ironią (Munk), poezją bez sentymentalizmu (Krauze), depresją pamięci (Konwicki) czy z młodzieńczą dezynwolturą (Morgenstern). Ten gigantyczny filmowy Polaków portret własny ciągle wygląda znajomo. Zmieniły się kontury, wykrzywiły proporcje, zamazało tło, ale centrum pozostało niezmienne. Kino polskiej szkoły filmowej było profetyczne. Pokazało, jacy byliśmy. Kim będziemy.

@RY1@i02/2011/185/i02.2011.185.196.027a.006.jpg@RY2@

Łukasz Maciejewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.