Wyrazista awangarda
Zdzisław Beksiński fotografował tylko sześć lat, a jednak jeżeli przejdzie do historii sztuki, to za sprawą zdjęć niż malarstwa, które uprawiał cztery dekady
Zima 1958 roku była chłodna. Dlatego trzej mężczyźni, którzy spotkali się przed kościołem Mariackim, nie stali tam długo. Zresztą każdy z nich miał pod pachą teczkę wypchaną fotografiami, które chciał pokazać pozostałym. Nazywali się Bogusław Schlabs, Jerzy Lewczyński i Zdzisław Beksiński. Właśnie zaczynali swoją prywatną rewolucję w polskiej fotografii. Łączyło ich jedno: przekonanie, że aparat fotograficzny nie służy tylko do pokazywania ładnych krajobrazów ani prawdy życia. Nie wierzyli w Boga fotografii Henriego Cartiera-Bressona i jego religię, czyli w klasyczny reportaż. Łączył ich bunt przeciw takiej klasycznej estetyce, jej nudzie w sposobie przedstawiania rzeczywistości. Oni woleli deformację, eksperymenty, wyrazistość awangardy.
Zdzisław Beksiński mieszkał wówczas w Sanoku. Po studiach na architekturze pracował w fabryce Autosan i każde zarobione pieniądze wydawał na urządzanie ciemni. Fotografii nie traktował poważnie, tak naprawdę marzył o robieniu filmów. Ale w bieszczadzkim miasteczku o kamerę było jeszcze trudniej niż o dobrą lustrzankę. A jednak fascynację filmem widać już od pierwszych zdjęć. Beksiński niczym rasowy reżyser "układa" swoje kadry, nie pozostawiając nic przypadkowi. Puste targowisko, pół męskiej postaci i łeb konia ciągnącego wóz, walący się dach czy wyludniony chodnik z przechodniem przemykającym pod wielkim płotem przypominają raczej scenografię, kadry z filmów Vittoria De Siki czy Luchino Viscontiego, które krytycy nazywali neorelizmem. Również filmowe są niezwykle autoportrety artysty, który stylizuje się na detektywa z czarnych hollywoodzkich kryminałów. Zresztą Beksiński stworzył cały cykl autoportretów, w których wyzywa na pojedynek na miny Witkacego, a to przebiera się za marynarza, gajowego, samobójcę, agenta wywiadu, zapowiadając słynny cykl Cindy Scherman "Fotosy filmowe bez tytułu".
W połowie lat 50. powstają niezwykłe akty kobiece, za modelkę służy mu żona Zofia. Zdjęcia przedstawiają skuloną lub skadrowaną postać kobiecą, ciało ciasno spętane sznurkiem przypomina raczej gigantyczną szynkę, nie ma w sobie nic z erotyzmu. Tworzy setki portretów, interesuje go twarz, z której wydobywa moment zadumy lub strachu.
W czerwcu 1959 roku Schlabs, Lewczynski i Beksiński organizują zamknięty pokaz swych prac w Gliwicach. Nie chcą interwencji cenzury, zapraszają więc tylko znajomych artystów i krytyków. Ale nawet dla nich pokazywane zdjęcia są zbyt odważne. - Uważali nas za wariatów. "Piękno? Jakie to jest piękno? Jak nóż może być piękny?". Znęcali się nad jedną z fotografii Beksińskiego - wspomina Jerzy Lewczyński. Było już jednak za późno, żeby zniechęcić do fotografii artystę z Sanoka. Sam ją porzucił, przekonany, że prawdziwy artysta nie może w pełni wyrazić się w fotografii.
Jako fotograf był niezwykle wysublimowany, oszczędny, chłodny. O przemijaniu życia i kruchości ciała potrafił mówić subtelnie, za pomocą aluzji. Jako malarz sięgnął po upiory, szkielety, wymarłe miasta, gnijące ścierwa, mgły, dymy, a to wszystko, by wywołać w widzu metafizyczny niepokój. Kiedyś o swoich zdjęciach powiedział: "Chciałem coś innego, osiągnąłem coś w bok". Całe szczęście.
@RY1@i02/2011/185/i02.2011.185.196.024b.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/185/i02.2011.185.196.024b.002.jpg@RY2@
Mikołaj Migacz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu