Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Biznes bez makijażu

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Biznesowa książka - podobnie jak jego dotychczasowe interesy - bardzo się Leszkowi Czarneckiemu udała

Wspomnienia spełnionych biznesmenów to specyficzna półka literatury ekonomicznej. Lubią ją i czytelnicy, i wydawcy. Podobnie jak w przypadku znanych polityków zainteresowanie przyciąga znana twarz na okładce i nadzieja na lekturę, która pozwoli nam spojrzeć na świat jej oczami. A może czegoś da się od nich nauczyć? Biznesmeni (lub ich ghostwriterzy) piszą więc chętnie i często.

Efekt końcowy to już całkiem inna sprawa. Mam przyjaciela, który od kilku lat rezyduje na słonecznych florydzkich wyspach Keys, zbierając pieniądze i doświadczenie potrzebne do rozkręcenia w Polsce własnego biznesu. Odwiedziłem go niedawno - i na poczesnym miejscu w jego toalecie znalazłem świeżutkie wspomnienia Richarda Bransona, założyciela biznesowego imperium Virgin, na które składają się wytwórnia płytowa, linie lotnicze, a ostatnio nawet komercyjne wycieczki w kosmos. Zaintrygowany charakterystycznym promiennym obliczem brytyjsko-amerykańskiego biznesmena oddałem się pobieżnej lekturze. Rychło jednak odrzuciłem książkę z niesmakiem. Rzecz była egzaltowana i banalna. Pełna lukrowanych bajek z życia kroczącego od zwycięstwa do zwycięstwa Bransona. Może i dało się z tego czegoś dowiedzieć, ale kosztem mocno nadwyrężonej cierpliwości - ja tej cierpliwości nie miałem.

Tamto doświadczenie można chyba podnieść do rangi zasady. Książki spełnionych biznesmenów, a więc generalnie ludzi, którym się udało, są jak film o szczęśliwej miłości - bez rozstań, zdrad i innych perypetii. Gratulacje dla bohaterów, kondolencje dla zanudzonego na śmierć odbiorcy. Z tej ślepej uliczki istnieją dwa sposoby ucieczki. Pierwszy ma sens, gdy historia przedsiębiorcy sama w sobie jest porywająca i pełna zwrotów akcji, bankructw, wrogich przejęć, złamanych przez pieniądze przyjaźni (powiedzmy sobie jednak szczerze: takie epickie perypetie zdarzają się w prawdziwym życiu biznesowym nader rzadko). Pewniejsze wydaje się jednak wyjście numer dwa, opowiedzenie czytelnikowi prawdy: że biznes jest niekiedy zajęciem fascynującym, ale przeważnie bywa przedsięwzięciem raczej nudnym, pełnym pułapek i wymagającym poświęcania mu całego wolnego czasu. Tą właśnie drogą poszedł (na szczęście) Leszek Czarnecki, jeden z najzdolniejszych przedsiębiorców III RP, i wyszedł mu z tego bardzo zgrabny poradnik o blaskach i cieniach robienia biznesu w Polsce, pisany przez prawdziwego praktyka, który działał już w najróżniejszych branżach: od prac alpinistyczno-nurkowych przez leasing po bankowość.

Nie wiem, czy Czarnecki sam zaprojektował narrację swojej książki, czy też korzystał z podpowiedzi jakiegoś doświadczonego redaktora. Tak czy owak struktura "Biznesu po prostu" może się podobać. Mamy tu klarowne rozdziały w stylu: "Jak założyć własny biznes", "Czy studia są potrzebne w biznesie", "Budowanie biznesplanu", "Zarządzanie kryzysem", "Najczęstsze błędy". A wszystko opowiedziane przez człowieka, który na biznesie zjadł zęby, a przy okazji wspomina też o własnych perypetiach w roli przedsiębiorcy. To dużo lepszy pomysł niż linearna historia od domu rodzinnego do dzisiejszej fortuny - taką historię wprawdzie też w książce znajdziemy, ale osobno i zaledwie na kilkunastu stronach.

Dużym plusem tekstu Czarneckiego jest również portretowanie innych ważnych postaci polskiego biznesu ostatnich 20 lat. Krótkie rozdziały o każdym z nich są jednocześnie kopalnią anegdot. Na przykład o tym, jak Czarnecki poznał szefa i ojca sukcesu krakowskiej firmy komputerowej Comarch Janusza Filipiaka. Należąca do Czarneckiego firma leasingowa wchodziła właśnie na rynek rosyjski i zamówiła w Comarchu systemy informatyczne. Coś jednak poszło nie tak i obie strony były niezadowolone ze współpracy. Ludzie Czarneckiego uważali, że kontrahent nie dotrzymuje terminów, a Comarch dowodził, że to wina wprowadzania do zlecenia ciągłych zmian. Sprawa trafiła więc do sądu. Gdy Czarnecki dowiedział się o eskalacji konfliktu, postanowił go zażegnać. Zaproponował całkowite zniesienie wzajemnych roszczeń, pod warunkiem że Filipiak zaprosi go do swojej restauracji Wierzynek w Krakowie, a on będzie mógł wówczas kupić za swoje pieniądze najdroższe wino z tamtejszej piwniczki. Pomysł spodobał się Filipiakowi i od tamtej pory panowie darzą się wzajemnym szacunkiem. Tylko sędzia oponowała przed wpisaniem takich warunków do oficjalnej sądowej ugody, zżymając się, że "to chyba jakiś żart".

@RY1@i02/2011/107/i02.2011.107.196.037a.001.jpg@RY2@

@RY1@i02/2011/107/i02.2011.107.196.037a.002.jpg@RY2@

Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.