Perfidny złodziej naszych impulsów
- Większość start-upów upada, bo ich właściciele zachowują się jak Steve Jobs - powiedział mi prezes pewnego polskiego banku, o którym trzy lata temu jeszcze nikt nie słyszał, a dzisiaj wygrywa w wielu prestiżowych rankingach. Gdyby Studio Emka nie zdecydowało się wznowić wydanej w 2006 roku książki "iCon" Jeffreya Younga i Williama L. Simona, nie miałabym okazji tak szybko dociec, co autor miał na myśli. Bo Steve Jobs to już nie tylko osoba - to symbol zjawiska, które od niedawna właściwie na stałe wpisane zostało w biznesową rzeczywistość.
Urodził się w 1955 roku w Kalifornii, dorastał w porządnej, lecz niezamożnej rodzinie. Z trudem udało mu się skończyć szkołę średnią, w college’u wytrzymał jeden semestr, a pierwsze egzaminy oblał. Studia były dla niego sprawą drugorzędną - ale mimo wydalenia z uczelni jeszcze długo mieszkał w akademickim kampusie. Zaprzyjaźnił się nawet z dziekanem, który dość ciepło wspomina go w "iCon". Jobs nosił wtedy włosy do ramion, popalał trawkę i związany był z grupą hipisów, która wymyśliła, jak ominąć zabezpieczenia sprzętu operatora telefonicznego i za darmo łączyć się z odległymi miejscami w kraju i na świecie. Po dłuższym namyśle i godzinach spędzonych w bibliotece Jobs stworzył wraz ze swoim wspólnikiem osobliwe urządzenie o nazwie blue box, które wkrótce potem chciał u siebie mieć niejeden student. Była to pierwsza innowacja autorstwa Jobsa - i jego pierwsze zarobione pieniądze. Potem podobnych pomysłów miał mnóstwo.
Kiedy powstawała firma Apple, Jobs miał w nosie wszelkie formalności, wizerunek czy promocję. Nie interesowało go, skąd będzie miał środki na finansowanie swoich idei, ale był przekonany, że nie ma rzeczy niemożliwych. "iCon" jest generalnie pełna anegdot dotyczących tego, jak szef Apple’a prowadzi biznes i jaki jest jego wizerunek prywatny. Zaś legenda o powstaniu kultowej nazwy firmy brzmi następująco: Jobsowi po prostu strasznie spodobało się na pewnej plantacji jabłek w stanie Oregon, którą zdarzyło mu się odwiedzić. Nie bez znaczenia było też to, że w książce telefonicznej Apple znajdowało się przed Atari - największym konkurentem.
Ludzie, którzy pracowali z Jobsem, wspominają, że sprzeciw po prostu dla niego nie istniał. Gdy ktoś miał w dyskusji diametralnie inne zdanie, potrafił się rozpłakać i w ten sposób osiągnąć swoje cele. Mówią też, że wprawdzie doprowadzał swoich współpracowników do szału, ale jednocześnie przez cały czas zachowywał status niekwestionowanego kreatora marzeń i kultury firmy. Był bojownikiem, przywódcą krucjaty, człowiekiem, który bezwzględnie dbał o wysoki poziom produktów Apple’a. Potrafił też być najtwardszym sukinsynem w mieście, zdolnym do wyprowadzenia w pole sprytnych, doświadczonych facetów, dwa razy starszych od niego. Kto go tak określił? Tego się nie dowiemy - bowiem książka Younga i Simona to w dużej mierze zbiór anonimowych wypowiedzi wielu osób, które nie zgodziły się wystąpić pod nazwiskiem.
Autorzy sami przyznają, że Jobs jest ich fascynacją od ponad dwóch dekad. Obydwaj mają na swoim koncie liczne publikacje na jego temat, a "iCon" jest podsumowaniem wiedzy, którą posiedli o założycielu Appla’a. Zdarza im się pisać dosadnie, nie szczędzą mu gorzkich słów. Książka nie jest więc bynajmniej hołdem złożonym Jobsowi. Ci zaś, którzy liczą, że poznają dzięki niej sekret sukcesu, będą zawiedzeni - przykład Jobsa pokazuje, że często o powodzeniu decyduje przypadek i łut szczęścia.
@RY1@i02/2011/107/i02.2011.107.196.037b.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/107/i02.2011.107.196.037b.002.jpg@RY2@
Steve Jobs
Magdalena A. Olczak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu