Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Wic bez limitu

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Obrazy na ulicy. Malarz jako warsztatowy pomocnik, a widz w roli artysty. Wojciech Gilewicz wpuszcza w tradycyjny porządek sztuki tornado. We wrocławskim BWA trwa jego wystawa "Wyprzedaż"

Są artyści, którzy zajmują się antropologią albo medycyną i w ten sposób tworzą projekty artystyczne. Ale to nie znaczy, że malarstwo jako medium nie traci na sile. Co z tego, że od lat 70. głosi się śmierć malarstwa, jeśli ono ciągle pozostaje aktualne. Prawdopodobnie tylko wymaga głębszego zastanowienia się, mocniejszego wniknięcia niż kiedyś - mówi Wojciech Gilewicz. Jego olejne obrazy spełniają wszystkie formalne kryteria malarskie - powstają według szczególnego rygoru, wymuszonego przez technikę. Na podkład nałożony jest klej, później grunt. Dopiero na tak przygotowanym podkładzie pojawia się wizja przełożona na pociągnięcia pędzlem. A jednak płótna, które wychodzą z pracowni artysty - absolwenta Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie - nie mają nic wspólnego z tradycyjnym myśleniem o oleju. Jego obrazy a to udają drzwi (galeria Arsenał, 2002) lub brakujące detale architektoniczne zawieszone bezpośrednio na fasadach budynków ("Rewitalizacje", 2007), a to przypominają fragmenty miejskiego parku, widziane z oddali (galeria Foksal, 2005). Płótno zmienia się pod palcami Gilewicza w przedmiot, który świetnie radzi sobie poza galerią. Jest raczej obiektem niż dwuwymiarowym obrazem. Taka praca malarska wystawiona jest na działanie deszczu, żywiołu vlepkarzy i grafficiarzy, może nawet zostać zamalowana podczas remontu przez właściciela kiosku z gazetami, który nie zorientuje się, że wypukłość na blaszanej ścianie to umieszczony przez artystę obraz-interwencja ("Miasto binarne", 2006). Każdy z tych przypadków Gilewicz uważa za wartość dodaną do oryginalnego płótna.

Gilewiczowi nie wystarcza gra z malarskim medium, dekonstruuje również rolę tego, kto się nim posługuje. - W ogólnym wyobrażeniu artysta to taki wybraniec losu, tworzący w mękach i bólu - osoba, która zaszywa się w pracowni, do której raczej mało kto ma wstęp. Wielu moich znajomych prosiło mnie, żebym wpuścił ich na to tajemnicze terytorium. To był punkt wyjścia do ostatniego z moich projektów, wystawy "Wyprzedaż" - mówi.

W przestrzeni wrocławskiego BWA artysta umieścił zagruntowane płótna. Widoczne są nie tylko dla publiczności, która przekroczy próg galerii, lecz także dla miejskich spacerowiczów. - Wystawa na białych ścianach to też dla mnie za mało. "Wyprzedaż" to pokaz w procesie, w pewnym sensie antychronologiczny. W momencie jego otwarcia pojawiłem się w BWA z czystymi płótnami. Zapełnić może je każdy - w przestrzeni umieściłem pędzle, farby, można zakasać rękawy i malować. Dzięki temu wystawa buduje się sama, dzień po dniu - tłumaczy artysta. Oddanie autorstwa pracy w ręce widza? Gilewiczowi tylko w to graj. Podobny zabieg zastosował w 2006 roku we wrocławskiej galerii Entropia. - Widz, który wchodził do galerii, zastawał ją pustą, zamiast tego otrzymywał mapę - komunikat, że prace znajdują się w mieście i trzeba je odszukać - wspomina. Ujęcie pędzla albo spacer w miejskiej przestrzeni - dopiero te elementy czynią Gilewiczowskie malarstwo pełnym.

Zamiana ról była kluczem do jeszcze jednego projektu artysty - fotograficznego cyklu "Oni". Na kilkudziesięciu zdjęciach prostych wnętrz Gilewicz zawarł dwie sylwetki. Dopiero po bliższym spojrzeniu wic, który zgotował publiczności artysta, staje się czytelny. Obie postaci to jedna osoba - sam autor zdjęcia. Korzystając z podwójnej ekspozycji zdjęć, artysta wykonał podwójne autoportrety pełne wewnętrznej dramaturgii. Gilewicz jest ucharakteryzowany, nie wszystkie kadry przypominają autoportrety. Maskowanie? -Jestem w sztuce nie tylko po to, żeby grać rolę malarza artysty. Moja rola polega również na odpowiadaniu na pytania, a czasami - na ich formułowaniu - tłumaczy.

"Wyprzedaż" osiągnie swój ostateczny kształt dopiero podczas zamknięcia wystawy w BWA. Wtedy płótna, które artysta udostępnił do zamalowania publiczności, uznane zostaną za gotowe. - Wystawa otwarta jest na każdą wizję, tu nie ma żadnych ograniczeń. Ale zastrzegłem sobie, że ja również mogę ingerować w kształt tych obrazów. Nie wiem jeszcze, czy skorzystam z tej możliwości, ale teoretycznie możliwe jest, że wkroczę do galerii ostatniego dnia i zamaluję płótna na biało - podsumowuje. Takie jest malarstwo Gilewicza. Bez ograniczeń.

@RY1@i02/2011/092/i02.2011.092.196.0041.001.jpg@RY2@

FOT. DZIĘKI UPRZEJMOŚCI ARTYSTY

Anna Theiss

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.