W eleganckim prosektorium
Kryminalne historie, które biorą swój początek w Brugii, po prostu muszą być demoniczne albo dziwaczne. Bo takie jest to ponure miasto
Jaka jest najlepsza sceneria dla europejskiego horroru o żywych trupach? Stawiam na Brugię. I to począwszy od nazwy. Poza belgijską Flandrią miasto to, nie wiedzieć czemu, funkcjonuje w obiegu kulturalnym we francuskiej wersji nazewniczej Bruges (czyt. brüż). Za "Bruges" nie zarobi się wprawdzie w Brugii po mordzie - Flamandowie są ludźmi spokojnymi i szanują głupawych turystów, a w szczególności ich portfele - ale już piwo dostaniemy raczej bez pianki. Tak czy inaczej, lokalna nazwa Brugii to Brugge (czyt. bryhe, przy czym "h" winno być charczące). "Bryhe" - czysta, krystaliczna, nieco gardłowa poezja.
Brugge uchodzi za perłę surowego, północnego gotyku. Może i tak, ale moje wspomnienia są raczej przerażające. Puste, wymiecione ulice. Ceglane, jednostajne domy pod horyzont. Hotele wyłącznie pięciogwiazdkowe, knajpy wyłącznie dla milionerów. Martwa cisza, zimny wiatr od morza, przemykający się chyłkiem wychuchani emeryci. Eleganckie prosektorium.
Z drugiej strony - czyż nie jest to dobre miejsce, by umieścić w nim akcję kryminału? Te mury, którymi zamożni brugijscy mieszczanie szczelnie odgrodzili się od świata, muszą przecież kryć niejedną tajemnicę.
Z takiego założenia wyszedł zapewne Pieter Aspe, najpopularniejszy flamandzki autor powieści kryminalnych, który niedawno zadebiutował na naszym rynku niezłym "Kwadratem zemsty" (oryg. wyd. 1995), pierwszą książką z cyklu o podkomisarzu Van In. Aspe portretuje swoje miasto zaskakująco zgodnie z odczuciami, które miałem, szwendając się po brugijskich uliczkach. Wszystko, co ważne, dzieje się tu w ukryciu, z dala od oczu przypadkowych gości - polityczne intrygi i rodzinne dramaty nie wychodzą poza krąg milczenia. No chyba że...
Ktoś włamuje się do sklepu z luksusową biżuterią należącego do elitarnej rodziny Degroofów. Nic jednak nie zostaje skradzione, a wręcz przeciwnie. Przestępcy wysadzają sejf, potem zaś z zimną krwią rozpuszczają jego drogocenną zawartość w mieszaninie kwasów. Wygląda to na osobliwą formę zemsty, ale Degroofowie starają się użyć wszelkich swoich wpływów, by ukręcić łeb policyjnemu śledztwu. Van In podejrzewa wszelako, że na tym jednym akcie wendety cała sprawa się nie skończy. I ma rację.
Aspe pisze klasycznie, z lekką ironią, jego proza przypomina trochę książki kryminalne innego Belga, wielkiego Georges’a Simenona. Nie da się tego z pewnością powiedzieć o Linusie Reichlinie, którego "Tęsknota atomów" także bierze początek w ponurym brugijskim pejzażu.
Powieść Reichlina, wyróżniona w 2010 roku najważniejszą niemiecką nagrodą w dziedzinie literatury kryminalnej, Deutscher Krimi Preis, to istna jazda bez trzymanki przez konwencje i klisze, do których jesteśmy przyzwyczajeni przy czytaniu prozy noir. Trudno odróżnić tu zbrodnię od iluzji, tajemnicę od wyrafinowanego żartu, tropienie przestępców od nierzeczywistych omamów.
Inspektor Hannes Jensen kończy 50 lat. Jest Niemcem, którego przywiodły niegdyś do Brugii (i życiowo poturbowały) sprawy sercowe. Za pięć dni nieodwołalnie odchodzi z policji na emeryturę, by poświęcić się hobbystycznie eksperymentom nad fizyką kwantową. Jednak - jak to w kryminałach bywa - nie dane mu będzie cieszyć się wolnością. Przeszkodzi mu w tym trup pewnego ekstrawaganckiego Amerykanina, Briana Rittera, dwójka jego zaginionych bliźniąt oraz niewidoma piękność o trudnym charakterze, która najmuje go do pogoni śladami tajemniczych dzieci.
Szwajcarski pisarz szarżuje, ale robi to z dużym wdziękiem. Bawi się powieściowymi schematami, które wywraca na lewą stronę, buduje atmosferę mistycznego niepokoju rodem z "Miasteczka Twin Peaks" Davida Lyncha, by za chwilę złamać ją jakąś sarkastyczną woltą, kreuje pełnokrwiste postaci, które zdzierają maski, nie ukazując prawdziwego oblicza. W fizyce kwantowej obserwator zaburza stan obserwowanego układu. U Reichlina właściwie jest podobnie.
@RY1@i02/2011/087/i02.2011.087.196.036a.001.jpg@RY2@
Jeden z brugijskich zaułków - oraz tablica upraszająca miejscowych i przyjezdnych, by zanadto nie hałasowali
@RY1@i02/2011/087/i02.2011.087.196.036a.002.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/087/i02.2011.087.196.036a.003.jpg@RY2@
Piotr Kofta
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu