Bestia w ludzkiej skórze
Mówi się o nim jako spadkobiercy Marlona Brando - jego aktorstwo jest magnetyczne, a role, które wybiera, niezapomniane. Nawet gdy Benicio Del Toro gra wilkołaka
Stylowy wiktoriański horror z Anthonym Hopkinsem, Emily Blunt i Del Toro w obsadzie (aktor także wyprodukował ten obraz) przywraca godność włochatym potworom, które ostatnio raczej przegrywały z wampirami walkę o rząd dusz w popkulturze. Na szczęście twórcy nie ulegli pokusie, by pozbawić wilkołaka kłów i pazurów i go udomowić, co przydarzyło się kolegom krwiopijcom. Wilkołak w interpretacji Del Toro pozostaje straszną bestią - nawet jeśli trochę bardziej skomplikowaną pod względem psychologicznym. I całe szczęście.
"Wilkołak" to kino rozrywkowe i pełne rozmachu, ale dość nietypowe dla przebiegu dotychczasowej kariery pochodzącego z Portoryko aktora. Jego najważniejsze role kojarzą się z nieco ambitniejszymi projektami, jak chociażby ostatnia w niemal pięciogodzinnym biograficznym filmie "Che" w reżyserii Stevena Soderbergha. Del Toro otrzymał za swoją kreację Ernesto Guevary aktorską nagrodę na festiwalu w Cannes, a filmem powrócił do współpracy z jednym ze swoich ulubionych reżyserów.
Ich wcześniejsza kooperacja przy poświęconym amerykańsko-meksykańskim wojnom narkotykowym obrazie "Traffic", w którym Benicio wcielił się w postać policjanta próbującego opierać się wszechobecnej korupcji, przyniosła obu zasłużone uznanie. Zarówno Soderbergh, jak i Del Toro otrzymali oscarowe statuetki, zaś aktor trzymający się wcześniej raczej drugiego planu - choć miał w dorobku role w takich filmach, jak "Podejrzani" czy "Pogrzeb" Abla Ferrary - awansował do pierwszej ligi Hollywood.
Z pewnością na to zasłużył, zwłaszcza po znakomitym występie w "Las Vegas Parano" Terry’ego Gilliama, w którym zagrał samego Dr. Gonzo. Aktor zresztą w ramach przygotowań kilkakrotnie spotykał się ze słynnym dziennikarzem, pisarzem i piewcą narkotykowych odjazdów Hunterem S. Thompsonem, którego w filmie portretował. Jak wspominał Del Toro, Thompson przepowiedział mu, że po tej roli jego kariera będzie skończona. Faktycznie przez ponad rok był bezrobotny, a z aktorskiego niebytu wydobył go właśnie Steven Soderbergh.
Potem sprawy potoczyły się szybko: "Przekręt" Guya Ritchiego, a zwłaszcza "21 gramów" Alejandro Inarritu, u którego zagrał wychodzącego z nałogu narkomana, umocniły jego pozycję jako aktora niebanalnego, gotowego podjąć się trudnych zadań i niepodzielnie rządzącego uwagą widza.
Dziś Del Toro ma komfort dobierania sobie repertuaru według upodobań, coraz częściej też angażuje się w produkcję. A o jego pozycji w hollywoodzkich rankingach świadczy chociażby to, że w ostatnim filmie Sofii Coppoli zagrał w epizodzie samego siebie - wielką filmową gwiazdę.
@RY1@i02/2011/069/i02.2011.069.196.004a.001.jpg@RY2@
Katarzyna Nowakowska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu