Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Polowanko po ciężkiej harówie hutnika

1 lipca 2018

Amerykański film o wojnie w Wietnamie przepełniony jest słowiańskimi akcentami. Aktorzy mówią tu po rosyjsku, ukraińsku i polsku

Każdemu, kto ogląda "Łowcę jeleni", zapada w pamięć krajobraz przemysłowego miasteczka, gdzie toczy się amerykańska część akcji filmu. Liche parterowe domki z krzywymi ścianami osnuwa plątanina kabli o niewiadomym przeznaczeniu. Nad wszystkim wznoszą się rdzewiejące szkielety dźwigów i anten, przywodzące na myśl raczej upiorny krajobraz "Stalkera" niż widoki z modelowego kraju prosperity. To jednak nie hollywoodzka makieta - tak wygląda dziś wiele miast i miasteczek we wschodnich stanach USA.

Akcja filmu toczy się w Clairton, miasteczku położonym na peryferiach Pittsburgha, największego ośrodka hutnictwa stali w Ameryce Północnej. W połowie XX wieku, gdy Ameryka przeżywała boom gospodarczy, napłynęły tu setki tysięcy ludzi z całego świata. Poszukiwali pracy w mnożących się jak grzyby po deszczu odlewniach. Niebawem jednak przemysł stalowy zaczął przeżywać trudności, a nowo powstałe miasta i miasteczka stoczyły się w otchłań biedy. Kryzys przede wszystkim dotknął takie ośrodki jak Clairton, które w odróżnieniu od wielkomiejskiego Pittsburgha pozostaje dziś jednym z najbiedniejszych miast stanu Pensylwania, a nawet całych Stanów Zjednoczonych.

W 1968 roku, kiedy toczy się filmowa opowieść, upadek już zaczął być widoczny. W dziesięć lat później, kiedy kręcono "Łowcę jeleni", filmowcom nietrudno było znaleźć tak beznadziejnie ponurą scenografię. Zdjęć nie robiono jednak w samym Clairton, lecz w sąsiednim miasteczku Weirton w Zachodniej Wirginii, gdzie panuje jeszcze większa bieda.

Śledzimy historię kilku młodych mężczyzn pracujących w hucie, która mimo kryzysu nadal daje pracę większej części populacji miasteczka. Idą do wojska i wyjeżdżają prosto do Wietnamu, który przeżywa właśnie najgorszy paroksyzm długoletniej wojny. Są kumplami, znają się od dziecka. Ich rodzice to Łemkowie, którzy tuż przed wojną przyjechali do Ameryki zza wielkiej wody. Zapewne z Polski albo ze Słowacji. O łemkowsko-ukraińskim pochodzeniu bohaterów przypominają liczne filmowe akcesoria, jak na przykład neon "Lemko Hall" przed budynkiem, w którym urządzono wesele. Jeden z aktorów, George Dzundza, jest zresztą autentycznym amerykańskim "etnikiem", potomkiem Polaka i Ukrainki.

Chociaż w Clairton nie brak Ukraińców, "słowiańskie" sceny filmu kręcono w Cleveland w stanie Ohio. To miasto charakteryzuje się dużym odsetkiem przybyszów z Europy Wschodniej. Dość powiedzieć, że zbudowano tutaj aż 29 cerkwi prawosławnych! Najważniejszą z nich jest sobór św. Teodozjusza, w którym filmowano scenę ślubu Stevena i Angeli. Od czasu emisji filmu jest to chyba najbardziej znany budynek w całym Cleveland.

Piękną liturgię prawosławnego aktu zawarcia małżeństwa poznajemy ze szczegółami. Realizatorzy starali się, by ta część film wypadła jak najbardziej autentycznie. Ksiądz trzymający złote korony nad głowami młodej pary i wiążący ręce nowożeńcom to prawdziwy proboszcz soboru św. Teodozjusza.

Z dbałości o autentyzm zdecydowano, by statyści podczas tanecznych scen wesela popijali prawdziwy alkohol. Pracowicie oskubano też z liści okoliczne drzewa: tę część zdjęć kręcono w lecie, podczas gdy akcja toczy się późną jesienią.

W odróżnieniu od tego co widać, to, co słyszymy w scenie wesela, razi typowo amerykańską niefrasobliwością. Orkiestra gra łemkowską kołomyjkę, by zaraz potem przejść na rosyjska "Katiuszę", której nie śpiewa się na łemkowskich weselach. W tle, obok łemkowsko-ukraińskich, słyszymy z ust statystów słowa rosyjskie, a nawet polskie. Nic dziwnego, ponieważ Polaków w Cleveland jest nawet więcej niż Rosjan i Ukraińców razem wziętych.

A tytułowe jelenie, na które polują bohaterowie filmu na podmiejskiej wycieczce? Tak wspaniałych gór jak na ekranie nie ma, niestety, w okolicy Clairton. Wysokogórskie plenery uwieczniono po drugiej stronie kontynentu, w parku narodowym North Cascades w Górach Skalistych, niedaleko wybrzeża Pacyfiku i kanadyjskiego Vancouver.

@RY1@i02/2011/044/i02.2011.044.196.0007.001.jpg@RY2@

fot. pat

Nowożeńców błogosławi we własnej cerkwi autetyczny ksiądz prawosławny

Jacek Borkowicz

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.