Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Agenta załatwił mi Frank Darabont

Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Kiedy Grzegorz Jonkajtys nie kręci własnych filmów, pracuje przy wielkich produkcjach jako spec od efektów. Na ekrany właśnie wchodzi "Rango" z jego udziałem

Zawsze rysowałem stwory. Zacząłem jako mniej więcej dziesięciolatek, po tym jak mama zabrała mnie trochę przez przypadek do kina na film "Obcy. Ósmy pasażer Nostromo". Wiedziała, że lubię tematy związane z UFO, ale nie spodziewała się, że to będzie horror... Po tym filmie nie mogłem spać przez dwa tygodnie! Pracując przy "Labiryncie Fauna" Guillermo del Toro, byłem odpowiedzialny za styl poruszania się, animacji różnorakich stworów zamieszkujących świat wykreowany przezeń w filmie. Jako tzw. lead animator (animator prowadzący) dowodziłem zespołem animatorów, który wykonywał wszystkie animacje na potrzeby filmu. Osobiście natomiast wprawiałem w ruch insekty oraz nogi Pale Mana - tej charakterystycznej postaci z oczami osadzonymi w dłoniach. Firma CafeFX, w której wówczas pracowałem, wykonywała wszystkie efekty wizualne do tego filmu, nie tylko animacje postaci, tak więc miałem okazję zająć się dopracowaniem wielu ujęć. Jestem bardzo dumny z pracy nad tym obrazem.

Skończyłem grafikę na ASP w Warszawie, ze specjalizacją projektowania graficznego. Co prawda głównym tematem mojego dyplomu były sprawy plakatowe i drukowane, ale udało mi się stworzyć również interaktywną prezentację komputerową, w której nie obeszło się bez odrobiny animacji. Animacji samej w sobie nie studiowałem, uczyłem się jej sam, po studiach, skanując klatka po klatce swoje rysunki, eksperymentując z techniką poklatkową, a później z animacją komputerową 2D i 3D. Po studiach wykonywałem komputerowe animacje do internetu, na potrzeby prezentacji korporacyjnych czy nawet do czołówek telewizyjnych i reklam.

Wszystko zmieniło się, gdy w 1999 roku postanowiłem zrealizować krótkometrażowy film "Mantis". Produkcja zajęła mi dziewięć miesięcy, w trakcie których musiałem nauczyć się wszystkiego od podstaw: pracy kamery, reżyserii, techniki animacji postaci itd. "Mantis" stał się dla mnie przepustką do warszawskiego studia Platige Image. Wykonywałem tam animacje i grafikę komputerową głównie na potrzeby reklam telewizyjnych i teledysków. Jedynym filmem, przy którym miałem okazję wówczas pracować, była "Superprodukcja" Juliusza Machulskiego.

Kolejny przełom na drodze do animacji nastąpił, gdy w 2003 roku dostałem propozycję pracy w kalifornijskiej firmie CafeFX, która realizowała efekty do wielu hollywoodzkich produkcji.

Pierwszym projektem, nad którym pracowałem, była "Liga Niezwykłych Dżentelmenów". Wtedy jeszcze studio CafeFX było całkiem małe, więc każdy z grafików był odpowiedzialny za całe ujęcia, łącznie  z modelowaniem, animacją, oświetlaniem, efektami itd.

Teraz pracuję w bardziej złożonym systemie, w którym za każdą z tych czynności składających się na proces produkcji efektów i animacji odpowiada inna osoba.

Po raz pierwszy zobaczyłem "Gwiezdne Wojny", a dokładniej epizod IV, czyli "Nową Nadzieję", gdzieś w podwarszawskim kinie na początku lat 80. Byłem zachwycony. Właśnie wtedy postanowiłem, że tym będę się w życiu zajmować. Wszystkie te, wówczas jeszcze przecież niekomputerowe, efekty specjalne - zwłaszcza świetlne miecze - zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Można powiedzieć, że dopiąłem swego: po wielu latach pracuję dla samego Georgea Lucasa w jego studio Industrial Light & Magic.

Jako młody chłopak nie czytałem dużo SF, dopiero na studiach dotarłem do Dicka i Gibsona, a "Diunę" przeczytałem pierwszy raz zaledwie kilka lat temu. Lubię science fiction jako gatunek filmowy, głównie dlatego że daje możliwość dosyć swobodnego opowiadania w zasadzie dowolnej historii. Nie interesują mnie jednak proste fabularnie efektowne filmy akcji, wolę bardziej złożone historie z ciekawymi postaciami. Generalnie kino gatunkowe wydawało mi się często zbyt rozrywkowe i płytkie z wyjątkami takimi jak np. "Łowca androidów", "Gattaca" czy "Raport mniejszości".

Cały czas oczywiście mam sentyment do "Gwiezdnych wojen", zwłaszcza że pracując w Industrial Light & Magic, non stop obcuję z rekwizytami, kostiumami czy modelami ze starej trylogii, a także "E.T." oraz Indiany Jonesa. Korytarze firmy wyglądają jak wielkie muzeum kina gatunkowego.

Kierunek, w którym chciałbym podążać po zrobieniu trzech autorskich animacji ("Mantis", "Dziedzictwo", "Arka"), to film aktorski. Zacząłem od krótkometrażowego "The 3rd Letter". Głównym powodem przejścia z animacji do filmu aktorskiego jest potrzeba bardziej precyzyjnego sportretowania postaci, oddania ich indywidualnych charakterów. Obecnie praca nad ekspresją animowanej twarzy i tak wygląda zazwyczaj w ten sposób, że najpierw filmuje się twarz aktora, a potem animuje i powtarza jego mimikę. Zależy mi na wykreowaniu wiarygodnych psychologicznie postaci i dramaturgicznie interesujących historii. Chciałbym, żeby efekty były tylko środkiem do opowiedzenia emocjonalnie angażujących scenariuszy. Z Bastianem Kochem, współscenarzystą i producentem krótkiego "The 3rd Letter" opracowujemy obecnie scenariusz pełnometrażowej wersji tej historii. Mając gotowy krótki film i fabularny scenariusz, łatwiej jest zwrócić na siebie uwagę ewentualnych finansistów takiego projektu. Choć, jak wiadomo, w Hollywood roi się od tego typu materiałów, które czekają, by dostać zielone światło. Po nominacji do Złotej Palmy w Cannes mój film "Arka" wzbudził całkiem spore zainteresowanie w Los Angeles, nawet sam Frank Darabont polecił mnie swojemu agentowi - pracowałem wtedy nad jego filmem "Mgła". W tej chwili, mając reprezentację w Hollywood, jest mi o wiele łatwiej dotrzeć do producentów, a przede wszystkim sprawić, by przeczytali scenariusz. Ale jak wiadomo, tam każdy przyjeżdża z gotowym scenariuszem, więc czekając na okazję zrobienia własnego pełnego metrażu, trzeba planować kilka projektów jednocześnie.

Nigdy nie było świadomym założeniem, że będę realizować akurat tego typu filmy, ale i "Mantis" i "Arka", i przede wszystkim "The 3rd Letter" mieszczą się w takim gatunkowym przedziale. Wydaje mi się, że formuła antyutopii daje dobry pretekst do skomentowania czegoś, co dzieje się teraz, tylko ukazanego z ekstremalnej perspektywy. Jeśli zaś chodzi o stronę wizualną, to w takim gatunku można rozwinąć skrzydła i zrobić coś pomysłowego, nawet w ramach ograniczonego budżetu. Tak było w przypadku "The 3rd Letter" - świat w tym filmie to ani przyszłość, ani przeszłość, jest trochę jak "Brazil" Terryego Gilliama, mieszanka futurystyki oraz retro.

@RY1@i02/2011/044/i02.2011.044.196.0043.001.jpg@RY2@

Grzegorz Jonkajtys (ur. 1972) - grafik, animator, reżyser. Wyreżyserował filmy krótkometrażowe: "Mantis", "Arkę", "Dziedzictwo" i "The 3rd Letter". Tworzył efekty do filmów: "Liga Niezwykłych Dżentelmenów", "Hellboy", "Sin City: Miasto Grzechu", "Labirynt Fauna"

@RY1@i02/2011/044/i02.2011.044.196.0043.002.jpg@RY2@

Przy produkcji "Rango" Jonkajtys odpowiadał za cyfrowe efekty specjalne

Katarzyna Nowakowska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.