Po awanturnikach ani śladu
Historia pierwszych europejskich kolonizatorów Ameryki Północnej okazuje się opowieścią o ich pysze i religijnym zaślepieniu. "Podróż długa i dziwna" Tony’ego Horwitza mrozi krew w żyłach, a jednocześnie niesłychanie wciąga
Gdyby Krzysztof Kolumb się nie pomylił, świat wyglądałby dzisiaj inaczej. Nie chodzi, rzecz jasna, o to, że Nowy Kontynent dla Europejczyków długo pozostawałby nieodkryty. Rzecz raczej w tym, kto pierwszy ruszyłby na podbój dziewiczych ziem. A chętnych było wielu - wbrew przeciwnościom, niebezpieczeństwom, a nierzadko - zdrowemu rozsądkowi. W jednej kwestii Tony Horwitz, amerykański pisarz i dziennikarz, nie pozostawia wątpliwości: niezależnie od tego, komu przypadłaby palma pierwszeństwa, los Indian był przesądzony. Opętani żądzą bogactw, władzy i zaszczytów, zaślepieni religijną dewocją Europejczycy bezlitośnie tratowali nowo odkrytą ziemię, pozostawiając za sobą spustoszenie i zgliszcza. Traf chciał, że to Hiszpanom przypadła rola krwawych konkwistadorów, którzy zuchwale ruszyli w nieznane, siejąc mord i gwałt, wymuszając bezwzględną dominację. Ale w "Podróży długiej i dziwnej" Horwitz wyrusza śladem wszystkich Europejczyków, którym na przestrzeni kilkuset lat udało się przepłynąć ocean, by postawić stopę na nowym lądzie - od Wikingów po angielskich pielgrzymów przybyłych na pokładzie statku "Mayflower". Większości nie wystawia pochlebnej laurki.
Nie ma w tym nic zaskakującego. Historia wypraw krzyżowych, świętej inkwizycji, krwawych wojen i wyznaniowych prześladowań w dawnej Europie dała wystarczające podstawy do tego, by po przybyszach ze Starego Kontynentu nie spodziewać się ani pokory, ani kulturowej wrażliwości, ani tym bardziej religijnej tolerancji. Siłą rzeczy "Podróż długa i dziwna" staje się w dużej mierze awanturniczą opowieścią o pysze Europejczyków i ich religijnym zaślepieniu. Ta opowieść mrozi krew w żyłach, ale też niesłychanie wciąga. Zwłaszcza że książka Horwitza jest nie tylko fascynującą podróżą w czasie, lecz także, jak na tradycję amerykańską przystało, swoistą literaturą drogi. Autor na własną rękę odkrywa Nowy Świat po raz drugi - zarówno przed czytelnikiem, jak i przed samym sobą. Jak wyznaje na początku, impulsem do napisania "Podróży..." było uświadomienie sobie własnej niewiedzy. O Krzysztofie Kolumbie i angielskich pielgrzymach w Plymouth słyszało każde amerykańskie dziecko. Co jednak działo się pomiędzy rokiem 1492 a 1621? Z odpowiedzią na to pytanie przeciętny obywatel USA ma poważne problemy.
Podróż Horwitza w jakimś stopniu okazuje się wędrówką karkołomną. To mozolna wyprawa w poszukiwaniu śladów przez wieki zacieranej i wypieranej historii. Amerykanin odwiedza skorumpowane Santo Domingo, gdzie mówienie o Kolumbie ponoć przynosi pecha, i Florydę zdobywaną niegdyś przez krwawego Hernando de Soto, dawną osadę zbiegłych z Francji hugenotów w Jacksonville, po których został dziś tylko park plus jedna świeżo nawrócona kalwinka, i słynne Plymouth, gdzie próżno szukać pamiątek po angielskich purytanach. Wszędzie natrafia na zgliszcza, strzępy, fałszywe tropy. Chwyta się mizernych śladów, choć wszystko zdaje się obracać w pył. Ku własnemu zaskoczeniu bezskutecznie poszukuje szczątków Kolumba i mitycznej trumny de Soto. Historia osiedlania Ameryki okazuje się historią kłopotliwą. Co bowiem począć z pamięcią o okrutnych awanturnikach i bezwzględnych konkwistadorach? Jedyny sposób, to skazać ich na zapomnienie, potępić, w najlepszym wypadku - urządzać na ich cześć infantylne maskarady. A przecież Horwitz dowodzi, jak silne piętno pierwsi kolonizatorzy odcisnęli na Nowym Kontynencie. W optyce dziennikarza Ameryka nie jest gospodarczą potęgą, zwycięstwem demokracji ani ucieleśnieniem marzeń o wolności. To raczej kraj u swoich początków naznaczony traumą, którą do dziś przekazują sobie kolejne pokolenia. Z drugiej strony Horwitz daje do zrozumienia, że właśnie pierwsi Europejczycy zaszczepili za oceanem to, co dziś zdaje się istotą amerykańskości. Przybyli w poszukiwaniu wolności i sukcesu, wierząc w siebie i własny potencjał. Brzmi znajomo.
@RY1@i02/2011/014/i02.2011.014.196.0035.001.jpg@RY2@
Po pierwszych osadnikach została tylko replika statku "Mayflower", stojąca w porcie w Plymouth
Malwina Wapińska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu