Wszystko gra u pana Deppa
Trudno go nazwać po prostu aktorem. Johnny Depp to dobro ponadnarodowe. Utalentowany, wszechstronny, zabójczo inteligentny. Potrafi, grając jednym palcem, stworzyć kreację totalną. Rozebraliśmy jego wirtuozerię na kawałki. Oto one, część po części
To od nich zaczęła się wielka kariera. Jest rok 1990, Depp ma już na koncie drugoplanowy występ w "Koszmarze z ulicy Wiązów" i rólkę w "Plutonie" Olivera Stone’a. Rozpoznawalny jest jednak przede wszystkim jako aktor z serialu "21 Jump Street", w którym gra policjanta infiltrującego szkolne gangi. Deppa nudzi ta rola, mimo że dostaje prawie 45 tysięcy dolarów za odcinek.
Wtedy nadchodzi przełom.Tim Burton obsadza go w roli chłopca - cyborga, który zamiast rąk ma nożyce. Rola wrażliwca na trwałe wyposażonego w ostrza przyciąga uwagę krytyków. Film bije kasowe rekordy, Depp dostaje pierwszą nominację do Złotego Globu i na lata wiąże się zawodowo z Burtonem. Scena, w której próbuje dotknąć nożycami policzka ukochanej, do dziś wyciska łzy.
Nie tylko ostrza zrosły się z dłońmi aktora. Poza filmowym planem Depp przebiera nimi po strunach gitary. Gra od czasu, kiedy jako nastolatek został wyrzucony ze szkoły. W młodości zaliczył występy w ponad 15 zespołach, m.in. w składzie kapeli Kids, do której największych osiągnięć należy tournée z Iggym Popem.
Jeśli chodzi o bladość, Depp może równać się chyba tylko z eteryczną Cate Blanchett albo Tildą Switon. Na biało malowano go i w "Charliem i fabryce czekolady" (2005), gdzie wcielił się w mefistofelicznego Willy’ego Wonkę, i w "Alicji w Krainie Czarów" (2010), gdzie zagrał Szalonego Kapelusznika. O co chodzi z powlekaniem Deppa dużą ilością białego pudru? Depp idealnie gra to, co odstępuje od normy - postaci fantastyczne, efebów, androgynów, ludzi bez płci i wieku. Jego aktorskie emploi zbliża się do postaci Puka ze "Snu nocy letniej" - psotnika, niefrasobliwego matacza, któremu i tak na koniec wybacza się wszystko - tyle że mocno podrasowanej i narysowanej grubą, popkulturową kreską. Takim niepoprawnym fantastą i czarusiem okazuje się jako James Matthew Barrie, autor "Piotrusia Pana" z kostiumowego "Marzyciela" (2004). Nawet jako Don Juan DeMarco (1995) jest uwspółcześniony i tylko rozpiętą koszulą przypomina Mozartowskiego bohatera.
"Wrogowie publiczni" (2009) Michaela Manna. Marion Cotillard ma skute nadgarstki i oczy pełne łez, do policyjnego wozu odprowadzają ją uzbrojeni mężczyźni. Cotillard gra Bilie Frechette, partnerkę jednego z najbardziej znanych chicagowskich gangsterów. Ale to nie na niej zatrzymuje się uwaga widza. Scenę aresztowania ogląda z oddali Johny Depp jako John Dillinger - romantyczny wykolejeniec, kochający jak nikt i łamiący prawo jak nikt. Kamera przesuwa się po jego twarzy. Jego szczęka rozszerza się i zastyga. Jeszcze dwa niepozorne ruchy żuchwą i dosłownie widać, jak serce Johna rozpada się na kawałki. Depp nie musi płakać, by pokazać rozpacz bohaterów. Twardy jest nawet jako "Beksa" w filmie Johna Watersa (1990) - kryminalista, a po godzinach preelvisowski showman w nocnym klubie.
Kto by pomyślał, że koraliki zaczepione na długiej, skołtunionej brodzie wcale nie odejmą Johnny’emu Deppowi uroku? Jack Sparrow, bohater "Piratów z Karaibów", ewidentnie nie nadużywa brzytwy ale i tak udaje mu się skraść pocałunek Keiry Knightley. Kreacja, o której aktor mówił, że podjął się jej głównie po to, żeby rozbawić swoje dzieci, to majstersztyk. Reżyser Gore Verbinski utrzymuje, że Jack Sparrow, awanturnik, fantasta, antyfan higieny osobistej, przypomina prywatne oblicze Johnny’ego Deppa. Nie wierzymy w tę potwarz, ale poddajemy się jego urokowi.
@RY1@i02/2011/009/i02.2011.009.196.0027.001.jpg@RY2@
FOT. AP
Anna Theiss
To wbrew pozorom nie fatalny dramat sensacyjny, ale niezbyt udana komedia szpiegowska. Jedyny powód, dla którego warto ją obejrzeć, nazywa się Johnny Depp.
Aktor fizycznie niezdolny do zagrania złej roli. Nawet jeżeli - jak w "Turyście" - niewiele ma do roboty. Wystarczy mu parę gestów, choćby nieustanne palenie elektronicznego papierosa, by wyciągnąć z postaci więcej, niż oferuje scenariusz.
Przekonuje więc jako Frank Tupelo, nieco zagubiony nauczyciel matematyki, którego ścigana przez Interpol Elise (Angelina Jolie) wplątuje w aferę.
Reżyser "Turysty" Florian Henckel von Donnersmarck po znakomitym debiucie "Życie na podsłuchu" został zaproszony do współpracy przez hollywoodzkich producentów. Efekt ich wspólnego przedsięwzięcia jest marny. Niemiecki filmowiec przerobił francuski dramat sensacyjny "Anthony Zimmer" na amerykańską komedię, której akcja toczy się we Włoszech. Pełen slapstickowych żartów scenariusz mógłby równie dobrze trafić w ręce twórców "Nagiej broni", choć ktoś próbuje przekonać nas, że oglądamy film nakręcony serio.
I o ile Depp czy pojawiający się w epizodzie Timothy Dalton (niegdyś James Bond, dziś szef angielskich tajniaków) swoimi rolami nieźle się bawią, o tyle Angelina Jolie, grając femme fatale, każe słowo "fatalna" odczytywać dosłownie. Między nią a Deppem nie ma żadnej chemii, która pozwoliłaby uwierzyć, że po jednej wspólnej nocy oboje skoczyliby za sobą w ogień.
Jolie położyła już wiele filmów, jednak zrzucić całej winy na jedną porażkę obsadową nie sposób. "Turysta" cierpi na rzecz w gatunku niewybaczalną - jest całkowicie pozbawiony napięcia, a finałowy twist można przewidzieć, zanim skończą się wyświetlane przed filmem reklamy.
Jakub Demiańczuk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu