Czytajcie Conrada
"Dżozef" Jakuba Małeckiego to przede wszystkim budująca i pomysłowa powieść o sile literatury
Dziwną bajkę napisał Małecki. Są w niej dresiarze i blokowiska, szpitalne sale i lekarze w białych kitlach, szemrane postaci z półświatka i wariatki o wielkich sercach, dzieci i drewniane kozły, a jakby tego było mało - nad wszystkim unosi się duch Josepha Conrada. W tym melanżu łatwo byłoby się pogubić, popaść w ciężkostrawny bełkot lub nieznośne dłużyzny. Młody pisarz z wszystkiego wybrnął z wdziękiem. Stworzył ujmującą gawędę, w którą zgrabnie udało się wpleść kilka celnych obserwacji obyczajowych, elementy thrillera, a nawet krótką ściągę z historii literatury dla opornych. Bo po "Dżozefie" nie należy się spodziewać głębokiego studium twórczości autora "Lorda Jima". To raczej bezpretensjonalna przypowiastka z genialnym w swojej prostocie morałem: wciąż warto czytać wielkich pisarzy. "Odśwież sobie Szekspira" - śpiewały kiedyś mapety. Małecki z nie mniejszym wdziękiem zachęca: odświeżcie sobie Conrada.
Bohaterem "Dżozefa" jest niejaki Grzesio, poczciwy, acz niespecjalnie lotny blokers, który w wyniku starcia z grupą osiedlowych osiłków ląduje w szpitalu, pozbawiony komórki i ze złamanym nosem. Salę szpitalną dzieli z trzema starszymi mężczyznami - tylko jeden z nich zdaje się kompanem do rozmów. Dwaj pozostali to uprzykrzający wszystkim życie Maruda i podejrzany dziwak, pan Stasio, nieustannie zatopiony w lekturze. Ów, zdawałoby się, nieszkodliwy wyznawca twórczości autora "Jądra ciemności" stanie się przyczyną głównego zamieszania. Ma on bowiem skłonność do popadania w zagadkowe stany gorączkowe, podczas których, przekonany, że jest Conradem, wygłasza kwieciste monologi, zmuszając głównego bohatera do zapisywania wszystkich jego słów. Tyrady Stasia wielką literaturą nie są, ale opowiadana historia z czasem zaczyna wszystkich wciągać. Wspomnienia pogrążonego w malignie pacjenta okazują się opowieścią z pogranicza baśni i horroru. Jest w nich chłopiec prześladowany przez okrutnego skrzata, wujek alkoholik o przerażającej aparycji, są prostytutki, alfonsi, bandyci i zagadkowe śmierci. Tymczasem na oddziale szpitalnym zaczynają się dziać rzeczy równie niewyjaśnione, jak te z opowieści pana Stasia, a fabuła zaczyna nagle zmierzać w niespodziewanym kierunku...
No, dobrze, ale po co to wszystko? - zastanawiamy się, czytając tę trochę śmieszną, trochę straszną, a z pewnością rozrywkową powiastkę. I czy warto w to wszystko mieszać Conrada? Bohaterowie "Dżozefa" to jakby pocieszne karykatury postaci Conradowskich. Autor każe im się skonfrontować z sytuacją graniczną, wystawia na próbę ich moralność i siłę charakteru, próba jednak skazana jest na niepowodzenie, bo wszystko podszyte jest groteską. I właśnie w owej lekkości, przyjaznym puszczaniu oka do czytelnika tkwi największa siła książki Małeckiego. Jeśli Dorota Masłowska ustanowiła jakąś konwencję powieści dresiarskiej, autor "Dżozefa" z humorem ją obala. Jego dresiarz wzbudza sympatię, a przy okazji odkrywa siłę literatury i snucia opowieści. Ale bezpretensjonalność prozy Małeckiego miejscami potrafi też zmylić. Bo autor powieści nie pozwala nam się zadomowić w komediowej konwencji. Cierpliwie usypia naszą czujność, by w nieoczekiwanym momencie wywołać prawdziwy dreszcz grozy. Chwilami więc niespokojnie rozglądamy się po powieściowych dekoracjach, odkrywając, że wcale nie jest tak zabawnie.
@RY1@i02/2011/009/i02.2011.009.196.036a.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/009/i02.2011.009.196.036a.002.jpg@RY2@
Malwina Wapińska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu