Na ryby
Jeden z poważanych magazynów popularnonaukowych opublikował niedawno tekst, w którym przestrzega przed spożywaniem sushi. Nie dlatego, że drogie, niesmaczne czy niezdrowe. "Sushi przyczynia się do zagłady wielu gatunków morskich stworzeń" - grzmi gazeta. Kiedy dwoma drewnianymi kijkami niezdarnie wkładacie sobie do ust kawałki surowizny, która jeszcze przed chwilą wesoło machała płetwami, z mórz i oceanów w piorunującym tempie znikają węgorze, krewetki, halibuty czy tuńczyki. Możemy jednak je ocalić - twierdzą naukowcy. Wystarczy, że zmodyfikujemy nieco dietę sushi i wprowadzimy do niej np. meduzy. Na litość boską! Równie dobrze mogliby radzić, byśmy zamiast schabowego wcinali kisiel!
Rozumiem, że istnieje grupa ludzi, którzy mieli poważny problem ze znalezieniem normalnej pracy, w związku z czym postanowili zabić nudę, przykuwając się do drzew i występując w obronie wszystkiego, co ma cztery łapy, sierść albo łuski. Szkoda, że nie urodzili się 70 mln lat temu. Na pewno udałoby się im ocalić dinozaury i dzisiaj zamiast psów trzymalibyśmy w domach triceratopsy. Albo przynajmniej 10 tys. lat temu - niemal pewne jest, że wtedy uratowaliby przed zagładą mamuty włochate. Dziś miałyby one status zwierząt hodowlanych i w sieciach fast foodów serwowano by kanapkę McMamut.
Nie twierdzę, że nie należy próbować ocalić zagrożonych gatunków - choćby pandy wielkiej czy tygrysa syberyjskiego. Ale jeżeli otoczymy troską i miłością tuńczyka czy halibuta, niebawem na stole pozostanie nam napchana sterydami panga. Nie tylko człowiek ewoluuje. Świat zwierząt także i jesteśmy głupcami twierdząc, że uda nam się go uregulować, ochronić czy sobie podporządkować. Prędzej tuńczyk i halibut zjedzą nas niż my je. Dlatego w najbliższy weekend jadę na ryby. I już nawet wiem, jakim autem - mazdą CX-5.
To samochód, który ma wiele wspólnego z sushi. Przede wszystkim jest japoński. Naprawdę japoński. Toyota, Honda, Nissan i Mitsubishi już dawno porozrzucały swoje fabryki po całym globie, podczas gdy Mazda produkuje swoje auta wyłącznie w cieniu kwitnących wiśni. To zaś oznacza, że jej produkty są bardzo solidne. CX-5 sprawia wrażenie poskręcanej tytanowymi śrubami i pospawanej laserem Luke’a Skywalkera. Najwyraźniej japońscy inżynierowie wyciągnęli wnioski z tego, co stało się 67 lat temu w Nagasaki i Hiroszimie, i postanowili zbudować samojezdny bunkier przeciwatomowy. Dawno też w japońskim aucie nie widziałem tak dobrych materiałów wykończeniowych - porządnych plastików, miękkich obić, pierwszorzędnej skóry. Kolejny plus za intuicyjność obsługi - ekran nawigacji i sprzętu audio jest dotykowy, a w klimatyzacji połapie się nawet ktoś, dla kogo ostatnim samochodem był polonez caro. I tylko mała łyżeczka dziegciu - samo radio mogłoby grać lepiej.
CX-5 możecie zamówić z napędem na jedną lub dwie osie. Wybierając pierwszy wariant, dajecie światu do zrozumienia, że jesteście frajerami, którzy kupują mrożoną rybę w Biedronce. Oraz że potrzebujecie tego typu samochodu wyłącznie po to, żeby wkurzyć sąsiada. Tymczasem wersja z napędem na cztery koła fantastycznie sprawdza się zarówno na asfalcie, jak i w lekkim terenie. Równie kompromisowe jest zawieszenie - ani za miękkie, ani za twarde. Po prostu dopracowane, co w połączeniu z bardzo precyzyjnym jak na SUV-a układem kierowniczym gwarantuje kierowcy pełną kontrolę nad samochodem nawet przy wysokich prędkościach czy na górskich serpentynach. Mamy tu zatem i poczucie bezpieczeństwa, i komfortu.
Przyjęło się, że jeżeli chodzi o silnik, to w przypadku tego typu samochodów jedynym sensownym rozwiązaniem jest diesel. Otóż nie w modelu CX-5. Do niego lepiej zamówić benzyniaka wykonanego w technologii Skyactive. Ma dwa litry pojemności, 160 koni i naprawdę rozsądnie pali. W mieście można zejść do 8,5 - 9 litrów, a w trasie nawet do 7 litrów. Wadą jest konieczność wkręcania jednostki na wyższe obroty, jeżeli chcemy wykorzystać jej pełen potencjał. A wtedy spalanie rośnie nawet powyżej 10 litrów. Ale niech ta informacja nie pchnie was czasami w objęcia diesla - ten kosztuje aż o 17 tys. zł więcej, co oznacza, że inwestycja w niego zwróci się wam po przejechaniu miliona kilometrów. Czyli mniej więcej za 30 lat. Jestem pewien, że po tym czasie wasze CX-5 nadal będzie w świetnej kondycji, ale niestety i tak będziecie musieli je sprzedać. Bo będziecie już na emeryturze i świadczenia wypłacane przez ZUS nie wystarczą wam na zakup kanistra oleju. Wszystko, na co będziecie sobie mogli pozwolić, to dietetyczna meduza na śniadanie i panga na obiad.
@RY1@i02/2012/164/i02.2012.164.18600090e.803.jpg@RY2@
@RY1@i02/2012/164/i02.2012.164.18600090e.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk, zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Łukasz Bąk
zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu