Czy to wariat, czy może geniusz?
Na dobrą sprawę wszyscy autorzy literatury motywacyjnej poruszają się na pograniczu szarlatanerii. Ich rady w stylu "odmień swoje życie", "odważ się na więcej" albo "wystarczy schylić się po szansę leżącą u twoich stóp" można uznać (w zależności od nastawienia czytelnika) zarówno za genialne objawienie, jak i za totalny bełkot. Podobnie jest z Hermannem Schererem, który w "Dzieciach szczęścia" uwielbia bez mrugnięcia okiem przechodzić z jednej skrajności w drugą.
"Wiem, wielu ludzi sądzi, że Scherer to wariat. Jest to prawda. Tyle że z perspektywy wariata - i to jest dopiero interesujące - mnóstwo ludzi też wydaje się wariatami" - w ten sposób autor "Dzieci szczęścia" przedstawia czytelnikom samego siebie. 48-letni Scherer, który należy do najbardziej wziętych niemieckich doradców z dziedziny rozwoju osobistego i zawodowego, to postać faktycznie nietuzinkowa. W szkole miał pod górkę, od uniwersytetów trzymał się z daleka, pracował w sklepie spożywczym swoich rodziców, który potem odziedziczył. Razem z górą długów. Z finansowych tarapatów wyszedł, zakładając wiele firm, które radzą innym... jak wychodzić z finansowych tarapatów. A poza tym czasem lata wynajmowanym od Lufthansy odrzutowcem na kawę do Mediolanu, bo odkrył, że w ten sposób łatwo zebrać punkty z programu milowego, które potem można odsprzedać po dużo korzystniejszej cenie i jeszcze wyjść na swoje.
Czego uczy Scherer w swoich bestsellerowych książkach i podczas publicznych wystąpień? Z grubsza tego, że życie jest zbyt krótkie, by nie realizować swoich pasji, zachcianek i nawet najbardziej dziwacznych pomysłów. Jego zdaniem, jeżeli na każdym kroku powstrzymujemy się przed pójściem własną drogą, uginając się pod presją oczekiwań rodziny, przyjaciół czy szefów, nigdy nie będziemy mieli szans na wypłynięcie na szerokie wody. Nigdy nie doświadczymy przygody, która jest jedyną drogą do życiowego i biznesowego spełnienia. Jak to ma wyglądać w praktyce? "Staram się żyć tak, by w każdej sekundzie móc powiedzieć sobie, że nie mogłem żyć lepiej" - uczy Scherer, pozując na współczesnego Fryderyka Nietzschego. Albo radzi, by wyrzucić do kosza wszystkie żmudne biznesplany i po prostu zacząć działać. "Opowiadałem kiedyś mojemu coachowi długo i zawile o kilku biznesowych pomysłach. Gdy skończyłem, on mruknął tylko, żebym zrobił to drugie cośtam. To drugie cośtam? Przecież ty w ogóle mnie nie słuchałeś - wściekałem się. To prawda - odpowiedział mój doradca. Ale przy tym drugim najjaśniej zalśniły ci oczy".
Taki właśnie jest Scherer. Dziwaczny? Banalny? A może genialny? Nie ma jednej odpowiedzi. Ani jednoznacznego dowodu, że warto być wymyślonym przez autora dzieckiem szczęścia. Tytułowa postać to ktoś, kto zdaniem Scherera zbliżył się do zawodowego i osobistego spełnienia. "Są jak komety pędzące po niebie: ich ogon to chaos. Ich pole grawitacyjne przyciąga i miesza wszystko - tak powstaje coś zupełnie nowego. Dzieci szczęścia to ci bardziej lub mniej opętani, buntownicy, freaks. Nie mają dobrych manier, nie znają słowa »pardon«, nie mają krewnych i przyjaciół. Są zwariowani tak dalece, że wierzą, iż uda im się zmienić świat. Dokładnie dlatego im się to udaje. Czasami".
@RY1@i02/2012/155/i02.2012.155.18600120b.802.jpg@RY2@
Hermann Scherer, "Dzieci szczęścia", Wydawnictwo Gall, Katowice 2012
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu