Noceti-Klepacka: Mam falę w nogach
Z Zofią Noceti-Klepacką , brązową medalistką w żeglarskiej klasie RS:X, rozmawia w Londynie Przemysław Franczak
Pływała pani kiedyś na desce surfingowej?
Oczywiście. Pływałam chyba na wszystkim, na czym się da. Szło mi nieźle, ale mimo wszystko wolę windsurfing. Na samej desce trzeba sporo namachać się rękami i przebijać przez te fale. Cholernie męczące. A z żagielkiem to się tak prostu leci po tych falach. I to jest piękne.
Leci, leci, a po olimpijskim finale była pani ledwo żywa.
Bo to były zawody, a nie rekreacja (śmiech).
Pytałem o surfing, bo miała pani efektowne wejście po zdobyciu medalu. Stała pani na desce, którą na ramionach trzymali koledzy. Strachu nie było?
Nie. Nie bałam się, mam falę w nogach. Nawet jak mocno trzęsie, to nie tracę równowagi.
Medal kosztował panią trochę nerwów. W pewnym momencie regat wydawało się, że nic z tego będzie. Przed decydującym wyścigiem naprawdę pani wierzyła, że się uda?
Tak i tylko dzięki temu zdobyłam ten brąz. Najważniejsze jest nastawienie. Mam o co walczyć - powtarzałam sobie - i walczyłam do końca. No i wygrałam ten medal na ostatnich metrach.
A gdyby się nie udało, to...?
To nie wiem, nie chcę gdybać. Dziennikarze pytają mnie też, czy nie żałuję, że nie mam złota. Gdybym miała je w garści i straciła w ostatnim wyścigu, to bym żałowała. Jednak po tym, jak ułożyły się zawody, ten brąz jest dla mnie spełnieniem marzeń. Mam medal na szyi, i jest pełnia szczęścia.
Zanim go pani dostała był jeszcze jeden stresujący moment - Ukrainka Olga Maśliwiec złożyła przeciwko pani protest. Pojawiła się obawa, że medal to jeszcze nic pewnego?
To była strasznie dziwna sytuacja. Po wyścigu byłam potwornie zmęczona, a jednocześnie podekscytowana. Podeszła do mnie Olga i powiedziała, że składa protest. Byłam zaskoczona, bo na wodzie nie było przecież żadnej spornej sytuacji. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale trener uspokoił mnie, że nie muszę niczego obawiać. Ale wcześniej te emocje i ten wysiłek nałożyły się na siebie i trochę sobie popłakałam. A jej protest był kuriozalny, dotyczył ubezpieczenia naszej ekipy, rzekomo niższego, niż wymagają przepisy. Nawet go nie rozpatrywano, poza tym nasze papiery były w porządku. Olga nie mogła pogodzić się z czwartym miejscem, więc próbowała załatwić to inaczej. To nie było fair.
Może ją zmusili szefowie ekipy?
Może, ale mimo wszystko kiepsko wyszło. Tym bardziej, że Olga często do nas przyjeżdżała i z nami trenowała w Polsce. Do tej pory strasznie się przyjaźniłyśmy.
Incydent nie zepsuł radości z medalu?
Nie, ani trochę. Było, minęło.
Jakie to było uczucie stanąć wreszcie na olimpijskim podium?
Przepiękne. Kiedy byłam mała, to sobie wyobrażałam tę chwilę. Marzyłam, że wchodzę na podium i odbieram medal. Wszystko się pokryło z tymi dziecięcymi wyobrażeniami. Było fantastycznie. Sporo ludzi przyszło na ceremonię, no i oglądali nas na całym świecie. Nawet z Argentyny do mnie dzwonili (mąż Noceti-Klepackiej jest Argentyńczykiem - red.), że mnie widzieli. Ludzie płakali, wzruszali się. Cudowna sprawa.
Sukces ważniejszy niż wszystkie inne?
Jasne. Na tej desce to koledzy dopiero pierwszy raz mnie tak nieśli. Nawet na mistrzostwach świata nie dostąpiłam takiego zaszczytu, co pokazuje, że igrzyska są czymś absolutnie wyjątkowym.
Zapowiada pani pół roku odpoczynku. Na kanapie?
Nie wytrzymałabym. Chcę odpocząć od wody, ale czas będę spędzać aktywnie. Rower, bieganie, zimą snowboard i narty.
A projekty pozasportowe? Dawniej prowadziła pani nawet program "Raj" w telewizji, udzielała się w różnych miejsach?
Jestem mamą 2,5-letniego syna, tak więc wystarczy mi bycie wyczynową sportsmenką. Rodzina i sport maksymalnie wypełniają mi czas, inne sprawy muszą poczekać.
Na igrzyskach w Rio zamiast windsurfingu ma być kitesurfing, deska z latawcem. Na czym teraz pani będzie pływać?
Mam nadzieję, że windsurfing jednak zostanie. A jak nie, to zobaczymy. Może przesiądę się łódkę, na przykład katamaran mix, to taka nowa olimpijska klasa. Albo na kite.
Próbowała już pani?
Jeździłam na snowboardzie z kitem na zamarzniętym i ośnieżonym Zalewie Zegrzyńskim. Fajna zabawa, ale tylko zabawa. Wyczynowe ściganie to będzie totalna porażka. Poza tym to sport, który wymaga otwartych akwenów, a co za tym idzie dużych kosztów. Dzieci nie będą przecież ćwiczyły kitesurfingu na jeziorach, gdzie dookoła jest sporo drzew, bo to niebezpieczne. Jeśli więc windsurfing odejdzie do lamusa, to w efekcie sporo baz żeglarskich zostanie zlikwidowanych. A przecież to piękny, widowiskowy sport. Nie mam pojęcia, dlaczego te zmiany są forsowane. To się wszystko dzieje gdzieś ponad naszymi głowami.
Niezależnie jednak od tego, co się stanie, pani swój medal ma.
Ładny, prawda? To nagroda za cały wysiłek, który trzeba włożyć w treningi. Czasem jest ciężko, już się nic nie chce. A medal uskrzydla. Poza tym walczy się dla Polski, dla kibiców. Jak jest sukces, to ludzie się cieszą, wariują i są dumni. To jest coś przepięknego.
@RY1@i02/2012/154/i02.2012.154.00000160e.802.jpg@RY2@
Nie żałuję, że nie udało się zdobyć złota. Brąz też jest w porządku - mówi Zofia Noceti-Klepacka
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu