Dziennik Gazeta Prawana logo

Po solidnej fasolce rzucam zdecydowanie lepiej

3 lipca 2018

Z Anitą Włodarczyk, która w piątek będzie walczyła o złoty medal w konkursie rzutu młotem (była najlepsza w kwalifikacjach z wynikiem 75,68 m), rozmawia w Londynie Przemysław Franczak

Szybko poszło. Jeden rzut, awans do finału i najlepszy wynik w eliminacjach.

Zrobiłam wszystko tak, jak zakładałam. Nastawiłam się na pierwszy rzut. Pilnowałam, żeby się nie spalić. Chciałam spokojnie wejść do koła i obszernie zakręcić. No i wyszło. 75,68 to dobry wynik. Nigdy nie zaczynałam konkursu ani eliminacji z takiego pułapu. Słowem, jestem zadowolona.

Można powiedzieć tak: pani to się umie zakręcić w dniu urodzin.

(śmiech) Pierwszy prezent sobie zrobiłam, ale o ten ważniejszy muszę postarać się w piątek. Oby spełniły się życzenia, które odbierałam od samego rana.

Prezydent już dzwonił, czy zrobi to dopiero w piątek?

(śmiech) Oby miał okazję.

Idąc na stadion, myślała pani o tym, że nie licząc Tomasza Majewskiego, polscy lekkoatleci ponoszą tu klęskę za klęską?

W ogóle. W wiosce spotkałam za to trenera Tomka, pana Henryka Olszewskiego. Składałam mu gratulacje, a on powiedział mi, że mam zarazić się chorobą Tomka. Mam nadzieję, że już się zaraziłam, a dobre eliminacje są pierwszym objawem choroby. Mam nadzieję, że jej apogeum nastąpi w piątek wieczorem.

Jest południe, eliminacje, a stadion pełen ludzi. To robi wrażenie?

Cudowne jest to, że tylu ludzi chce oglądać lekką atletykę, natomiast sam stadion nie wydał mi się wcale taki wielki, nie przytłoczył mnie, a to dobrze. Byłam tu już w poniedziałek sprawdzić, co i jak, i wyszłam zadowolona. Doświadczenie mam już spore i jestem, o dziwo, bardzo spokojna.

Skoro stadion nie sprawia wrażenia dużego, to rekord świata też wydaje się bliżej?

O tym nie myślę, choć dzisiejsza próba pokazała, że mam jeszcze naprawdę duże rezerwy. W zasadzie to w ogóle nie poczułam tego rzutu, a młot poleciał dość daleko. Ale w finale będą emocje, bo rywalki też są mocne.

Sporo lekkoatletów narzeka na pogodę, a pani?

A ja jestem zachwycona. W Polsce trudno było wytrzymać przez upały, a tutaj jest dużo chłodniej. Ten klimat mi bardzo odpowiada.

W finale będzie pani rzucać w rękawicy Kamili Skolimowskiej?

Tak, a także w jej butach. Już w eliminacjach je założyłam. Dostałam je od taty Kamili podczas pierwszego memoriału jej imienia w Warszawie. Razem z rękawicą i młotem. Przez trzy lata leżały w szafie i czekały właśnie na ten moment, na igrzyska. Są biało-złote. W ten sposób chciałabym, żeby Kamila była ze mną. W eliminacjach była i mam nadzieję, że w finale też będzie.

Adam Małysz miał swoją bułkę z bananem, pani przed startami zajada się jajkami. W stołówce w wiosce olimpijskiej ich nie zabraknie?

Nie, jest ich pod dostatkiem. Rano przed eliminacjami zjadłam dwa i jeszcze dorzuciłam fasolkę po bretońsku.

Angielskie śniadania służą?

Nie narzekam. Jak widać, po fasolce rezultaty są dobre (śmiech).

Dzięki za dobry tytuł.

Mogłam się domyślić, że jak to powiem, to od razu zostanie to wybite dużymi literami (śmiech).

W wiosce jest coraz więcej medalistów i podobno coraz więcej głośnych imprez. Można się wyspać?

Mieszkam na jedenastym piętrze, więc w zasadzie nie słyszę, co się dzieje na zewnątrz. Ale ogólnie atmosfera jest bardzo przyjemna.

W najbliższy piątek zapowiada się za to głośna impreza na jedenastym piętrze polskiego domu...

Pewnie jakaś będzie, tylko zobaczymy, w jakich wszyscy będą humorach. Oby dobrych.

@RY1@i02/2012/154/i02.2012.154.00000150a.802.jpg@RY2@

AFP/East News

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.