Tylko nie sprzedawajcie go jako ekologicznego
Jeżeli jesteście spostrzegawczy, zapewne zauważyliście, że rubryka, w której piszę głównie o modzie, sprzęcie AGD, zwierzętach, seksie, wulkanach, a tylko trochę o samochodach, nosi przekorny tytuł "Jazda pod prąd". Ale wyjątkowo na potrzeby tego odcinka zamieniliśmy jej nazwę na "Jazda z prądem". Nie oznacza to, że się nawróciłem, przybrałem barwy koncernów motoryzacyjnych i że od tej pory będę pisał o autach wyłącznie w sposób poprawny politycznie. Przeciwnie. Dzisiaj chcę wytłumaczyć wam, jak nabija się nas w butelkę, twierdząc, że coraz modniejsze samochody elektryczne są ekologiczne.
Każde auto, aby jechać, potrzebuje energii. W przypadku konwencjonalnego napędu powstaje ona poprzez spalanie paliwa w silniku, a jej ubocznym skutkiem są spaliny, w tym dwutlenek węgla wylatujący do atmosfery przez rurę wydechową. Auta elektryczne jej nie mają. "A skoro nie mają, to przecież nie mogą produkować żadnych spalin" - tłumaczą ich producenci. Problem w tym, że auta elektryczne też potrzebują energii, aby jechać, i pobierają ją z gniazdek z prądem. A przecież prąd nie bierze się z chmur - w polskich realiach w 95 proc. powstaje w elektrowniach opalanych węglem. Innymi słowy, kupując auto elektryczne, kupujecie wóz opalany węglem. I w ten sposób cofacie się w rozwoju o 200 lat - do początków XIX w., kiedy w świat pojechały lokomotywy parowe.
Na przykładzie najnowszego bmw i3, którym jeździłem w ubiegłym tygodniu, jestem nawet w stanie powiedzieć wam, ile dokładnie węgla potrzebuje elektryczne auto, aby w ogóle ruszyć z miejsca. Podpytałem znajomego - specjalistę z branży energetycznej, ile trzeba spalić węgla, aby wytworzyć 1 kW energii. Twierdzi, że ok. 300 gramów. A że bmw ma komputer pokładowy pokazujący ilość zużywanej przez auto energii, to wiem, że na przejechanie każdych 100 km potrzebuje jej przynajmniej 13 kW. Innymi słowy na każdą setkę zużywa jakieś 4 kilogramy węgla.
Z innych źródeł dowiedziałem się, że w procesie spalania tony węgla do atmosfery ulatują z dymem 2 t dwutlenku węgla, 300 kg popiołu, 35 kg dwutlenku siarki oraz 6 kg czegoś o wzorze chemicznym NOx. Trochę walczyłem z kalkulatorem, zanim wyliczyłem, jak to wygląda w przypadku i3, ale w końcu się udało - przejeżdżając 100 km, ekologiczne BMW produkuje 8 kg CO2, 1,2 kg popiołu i 140 g dwutlenku siarki. Te liczby mogłyby być mniejsze, a nawet mogłoby nie być ich wcale, gdyby energia do ładowania baterii i3 pochodziła np. z elektrowni wiatrowej albo słonecznej. Ale tak nie jest, dlatego w żadnym wypadku nie można nazwać go autem ekologicznym. Nie zmienia to jednak faktu, że jest pierwszym pełnowartościowym samochodem elektrycznym na świecie - wręcz idealnym, biorąc pod uwagę potrzeby przeciętnej rodziny.
Nie oszczędzając baterii, przejechałem nim 120 km i - jak wyliczyłem - kosztowało mnie to najwyżej 8 zł, mniej niż całodniowy bilet na autobus w Warszawie. Setka na liczniku i3 pojawia się po zaledwie 7 sekundach od startu, a wszystko odbywa się w klasztornej ciszy, przez co odnosicie wrażenie, że do przodu nie pchają was pospolite konie mechaniczne, tylko niewidzialna boska ręka. Hamulce zużywają się wolniej, bo energię ze zwalniania auto wykorzystuje do podładowania baterii, nie trzeba wymieniać oleju, a w silniku nie ma części, które mogą się zatrzeć czy wylecieć w powietrze. Wnętrze? Ludzie z bmw twierdzą, że do jego wykończenia użyto przetworzonych butelek po piwie, opakowań po jogurtach i starych świerszczyków. Ale nie wierzę im ani trochę, bo za kierownicą i3 czułem się, jakbym siedział w serii 3 albo 5, a nie na hałdzie śmieci na wysypisku. Wcześniej jeździłem np. elektrycznym mitsubishi i-Miev i nie mogłem pozbyć się wrażenia, że prowadzę pudełko po butach. Tymczasem w BMW wszystko jest przedniej jakości, miejsca jest dużo nawet na tylnej kanapie, obsługa nie sprawia problemów.
Pomijając spektakularną wręcz brzydotę tego samochodu, stwierdzam z pełną odpowiedzialnością, że jest fenomenem na skalę światową. Za 140 tys. zł dostajecie bardzo dobre, pełnowartościowe auto, które daje podwójną frajdę z jazdy: raz, że wrażenia zza kierownicy są naprawdę niesamowite, dwa - jego utrzymanie kosztuje was grosze. Nie zdziwię się, jeżeli BMW za chwilę będzie musiało dziesięciokrotnie zwiększyć moce produkcyjne i3. Spodziewam się gigantycznego popytu na to auto. Pod warunkiem że Niemcy nie będą sprzedawali go jako ekologicznego, tylko po prostu jako bardzo dobre, oszczędne BMW.
Niestety ma to także swoje złe strony - jestem pewien, że i3 będzie wodą na młyn dla ekoporąbanych polityków. Obserwując sukces, jaki niewątpliwie odniesie elektryczne BMW, szybko dojdą do wniosku, że nadszedł idealny moment, aby dodatkowo opodatkować prąd. Spieszmy się zatem z zakupem i3, aby móc się nim nacieszyć, zanim chciwi, brzydcy ludzie obłożą gniazdka w naszych garażach 1000-proc. akcyzą.
@RY1@i02/2013/221/i02.2013.221.00000130a.803.jpg@RY2@
BMW i3
@RY1@i02/2013/221/i02.2013.221.00000130a.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Łukasz Bąk
zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu