Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Jestem Bogiem

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 11 minut

Większość facetów dostaje ślinotoku, wysypki i zaczyna się jąkać na samą myśl o supersamochodzie pokroju ferrari czy lamborghini. Znam wariatów, którzy są w stanie wydać prawie tysiąc złotych na parokilometrową przejażdżkę gallardo po pasie lotniska gdzieś pod Lublinem. Na mapie trudno odnaleźć Lublin, a co dopiero to lotnisko. Mimo to walą tam tłumy zainteresowane wydaniem tysiąca złotych na pięciominutową jazdę! I to z nieznośnym belfrem na siedzeniu pasażera, który z portkami pełnymi obaw o to, że autu się coś stanie, używa słowa "wolniej" nawet wtedy, gdy stoicie w miejscu.

Inna sprawa, że właściciele superaut zazwyczaj też są zaskakująco ślamazarni. Ostatnio jadąc autostradą golfem, wyprzedziłem czarne ferrari F430 wlekące się mniej więcej 100 km/h prawym pasem. Na początku myślałem, że jego kierowca zasnął, uprawia seks albo rozmawia przez komórkę. Ale nic z tych rzeczy - był skupiony bardziej niż pilot A380 zmuszony do awaryjnego lądowania na podjeździe waszego domu. A wiecie dlaczego? Bo zaczynało mżyć. A mżawka dla tylnonapędowego samochodu wyposażonego w silnik o mocy przekraczającej 500 koni jest równie zabójcza, jak nadmorska bryza dla przeciętnego amerykańskiego domu - w ułamku sekundy może obrócić go w pył. W Niemczech opowiedziano mi kiedyś historię o właścicielu mclarena, który podjął się niemożliwego - w deszczu zaczął wyprzedzać jadącą przed nim skodę. Niestety, podczas wykonywania manewru biedaczkowi się kichnęło i od tamtej pory jeździ już tylko anielskimi rydwanami.

Ale mokry asfalt to niejedyny wróg superaut. Są nim również dziury w drodze. Najechanie na taką o wielkości pięciogroszówki powoduje ból w plecach, ale już pięciozłotowa może złamać kręgosłup. No i to wsiadanie i wysiadanie - łatwiej zająć miejsce w pralce. Myślicie, że widząc parkujący w centrum miasta supersamochód, ludzie wyciągają aparaty, aby zrobić mu zdjęcie? Otóż nie. Oni chcą uwiecznić moment, w którym właścicielowi pękają spodnie w kroku.

Wniosek jest taki, że supersportowymi wozami jeździ się fajnie tylko wtedy, gdy nie pada, gdy droga jest równa jak stół i gdy nikt nie widzi, jak z nich wysiadacie. Czyli tylko po zamkniętych torach i w słoneczne dni. Wolne od pracy słoneczne dni. Mówiąc wprost, samochód za milion złotych ma sens przez trzy dni w roku. Możecie oczywiście chwalić się nim publicznie znacznie częściej, nawet codziennie, ale wówczas musicie być podwójnymi masochistami - kochać ból i poczucie wstydu, kiedy wyprzedza was golf albo puszczają wam szwy w gaciach od Armaniego.

Dokładnie takie wyobrażenie na temat superszybkich, supermocnych i superdrogich samochodów miałem przez całe życie. Aż do ubiegłego poniedziałku, kiedy to człowiek reprezentujący Mercedesa przekazał mi kluczyki do modelu SLS AMG. Na początku byłem pełen obaw. Najpierw myślałem, że to auto jest tak ciasne, że kolana będę miał na wysokości uszu, a kierował - zębami. Tymczasem pomimo moich 195 cm miałem wystarczająco dużo przestrzeni i na nogi, i na głowę, i na ramiona. A wśliznąłem się za kierownicę tak łatwo, jakbym wchodził do łazienki. Później przez kwadrans stałem w miejscu z zapalonym silnikiem, szukając w myślach jak najrówniejszej trasy wiodącej do domu. Niepotrzebnie, bo SLS okazał się niemal tak komfortowy jak klasa E. Naturalnie jego zawieszenia nie można nazwać miękkim, ale nie sprawia też wrażenia wykutego w skale. Zachęcony tym ruszyłem nieco odważniej przed siebie. I wtedy zaczęło padać. Zdjąłem nogę z gazu, spodziewając się, że 571 koni przenoszone wyłącznie na tylną oś (na której w dodatku siedziałem również ja) wykorzysta pierwszy lepszy zakręt do tego, aby pogalopować prosto w las, ciągnąc mnie za sobą. Nic takiego nie miało jednak miejsca. Każdy kolejny zakręt pokonywałem odważniej, zachodząc w głowę, jak taką moc udało się przenieść na asfalt za pośrednictwem wyłącznie dwóch tylnych kół.

Po dojechaniu do domu byłem tak mile zaskoczony, że wieczorem wybrałem się na jeszcze jedną przejażdżkę. Tego dnia przejechałem SLS-em łącznie 150 km i nie doznałem żadnego uszczerbku na zdrowiu, a jednocześnie nikt mnie nie wyprzedził. Zacząłem wręcz zastanawiać się, czy to aby na pewno supersportowy samochód, czy może zwyczajny mercedes dla nadgryzionych zębem czasu niemieckich krezusów. Ale następnego dnia nie miałem już żadnych wątpliwości.

Nawigacja w SLS-ie okazała się tak dobra, że odnalazła Lublin i stare powojskowe lotnisko położone 60 km od niego. Byłem tam już o 9 rano i przez dobrych kilka godzin sprawdzałem, co potrafi ten samochód. Do 200 km/h rozpędza się mniej więcej w 10 sekund. A do setki? Zdaniem samych Niemców zajmuje mu to 3,6 sekundy, ale na mój gust było to raczej pół sekundy. A robi się to tak: w komputerze załączacie procedurę startu, trzymając wciśnięty hamulec, wciskacie do oporu gaz, puszczacie hamulec i odnosicie wrażenie, że w wasze plecy wjechał właśnie pędzący TGV. Nie jedziecie 30, potem 40, 50, następnie 80 i w końcu 100 km/h. W SLS-ie jedziecie 0, a następnie od razu 100. Później w mgnieniu oka jest 200, a po około pół minucie - maksymalne 317 km na godzinę. Nie wiem, jak zachowuje się przy tej prędkości, ale przy 270 km/h pozostawał stabilny jak pogoda w Egipcie. Kończył się pas, więc nacisnąłem z impetem hamulec i poczułem, jak znowu wjeżdża we mnie TGV, tym razem z przodu. W SLS-ie nie ma czegoś takiego jak "droga hamowania". Zamiast tego jest "punkt zatrzymania" - ceramiczne hamulce przybijają auto do asfaltu w tym miejscu, w którym sobie akurat życzycie.

Myślicie teraz pewnie, że ze względu na napęd SLS nie pokonuje zakrętów tak dobrze, jak jeździ na wprost. Mylicie się. Niech wystarczy wam informacja, że przeciążenia boczne, jakie osiągałem na mokrym torze, przekraczały grubo 1 g, czyli siłę przyciągania ziemskiego (gdybym wypadł z fotela, poleciałbym najpierw gdzieś pod granicę z Białorusią i dopiero zaczął spadać w dół). A wiem to wszystko, bo mercedes w trybie jazdy torowej pokazuje na ekranie nawigacji przeciążenia, czasy okrążeń, przyspieszeń, używanej mocy, stanu opon etc. Tryb jazdy torowej oznacza też sztywniejsze zawieszenie, szybszą zmianę biegów, kręcenie silnika do odcięcia paliwa i znieczulony system stabilizacji jazdy, który pozwala na pokonywanie łuków efektownymi slajdami. Czy to wszystko ma sens? Znowu posłużę się praktycznym doświadczeniem. Na torze było również obecne audi R8 V10 z napędem na cztery koła i 525-konnym silnikiem. Mercedes starł je w pył. Na mokrym asfalcie!

Po całym dniu przedniej zabawy SLS AMG komfortowo odwiózł mnie do oddalonego o 150 km domu. Nawet dźwięk jego silnika okazał się idealny. Owszem, jest głośny, ale nie jest to rodzaj męczącej, pełnej niezrozumiałego jazgotu głośności, jaką prezentuje np. zespół Behemoth. To raczej głośność rodem z utworu "Under Pressure" zespołu Queen. Zaczynasz go słuchać i chcesz więcej, głośniej, cieszysz się każdą nutą, czujesz, że twoja prawa stopa zamienia się w batutę, a pod przednią maską o powierzchni Australii masz do dyspozycji filharmonię składającą się z trzech sekcji: 6208 cm sześc., 8 cylindrów i 571 koni mechanicznych. Przez trzy dni nawet na chwilę nie włączyłem radia w tym samochodzie. Gdyby nie rodzina, pewnie bym też nawet na chwilę z niego nie wysiadł. Nie sądziłem, że o jakimkolwiek aucie kiedykolwiek to napiszę, ale muszę być z wami szczery - SLS wart jest każdego grosza z miliona złotych, który trzeba za niego zapłacić. Gdyby w motoryzacji istniał jakiś Bóg, to byłby nim właśnie ten samochód. Wszystkie inne by się do niego modliły albo negowały jego istnienie.

@RY1@i02/2013/217/i02.2013.217.00000210a.803.jpg@RY2@

Mercedes SLS AMG

@RY1@i02/2013/217/i02.2013.217.00000210a.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Łukasz Bąk

zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.