Dziennik Gazeta Prawana logo

Jesteśmy robotami, stańmy się ludźmi

3 lipca 2018

Biznes zmienił się w hazard, ludzie przestali mieć potrzeby, ogarnęła ich chora chciwość. Instytucje finansowe budowały zamki na piasku. To wszystko musiało się skończyć wielkim resetem

Muhammadem Yunusem

Świat wciąż nie może się otrząsnąć z efektów kryzysu finansowego. Jak pan uważa, co za nim stało?

Kryzys spowodowały słabości systemu finansowego, który oderwał się od realnej gospodarki i w zamian stworzył gospodarkę opartą na spekulacji. W efekcie przez większość czasu instytucje finansowe zajmowały się budową zamków z piasku. Media w 2008 r. słusznie porównały rynek do kasyna, a mechanizmy panujące na nim do działań po omacku, kiedy nie ma się zielonego pojęcia o skutkach swoich działań. Biznes zamienił się w hazard. Ludzie stali się chciwi, a nawet superchciwi. Takie są przyczyny kryzysu.

Z drugiej strony można powiedzieć, że ta budowa zamków na piasku zapewniła nam gospodarczą prosperity lat 90. i początku ubiegłej dekady. Więc może jednak warto było?

Uprawianie hazardu opłaca się tak długo, jak długo są z tego pieniądze, ale trzeba być przygotowanym na porażkę. A w tym wypadku porażka zamieniła się w totalną klęskę. Biznes nie może być oparty na takiej zasadzie, że strzelam na oślep i albo mi się uda, albo nie. Musi mieć coś wspólnego z realnymi wartościami: branżą, w której działa, rozwojem, ilością włożonej w niego pracy, wyceną pracy zatrudnionych.

Czyli oczekiwaliśmy zysków, ale nie byliśmy zupełnie przygotowani na to, że coś pójdzie nie tak.

Dokładnie. A w przypadku porażki prosi się o pomoc władze. Jeśli rząd wyciągnie zagrożoną firmę z tarapatów, to powinna przekazać mu część swoich udziałów. Tymczasem o rządzie pamięta się tylko wtedy, kiedy są kłopoty. Kiedy wszystko gra, rząd idzie w odstawkę.

W USA firmy otrzymywały pomoc w zamian za udziały, które potem wykupywały. A instytucje finansowe zwracały rządowe środki z procentem, więc w efekcie skarb państwa nawet zarobił na bailoutach.

Ale nie można tego nazwać transakcjami rynkowymi, bo odbyły się one tylko dlatego, że podmioty te były zbyt wielkie, żeby upaść. Stały się tak potężne, że nawet rząd tłumaczył, iż jak nic się nie zrobi, to rozsypie się cała gospodarka. To przypominało żądanie okupu: giganci doprowadzili do sytuacji, w której nie ma innego wyjścia, jak utrzymać ich przy życiu i wyłożyć mnóstwo pieniędzy. Wtedy nie jest ważne, czy będą je spłacać, czy nie. Jeśli upada mała firma, żaden rząd nie kiwnie nawet palcem, a to jest dyskryminacja.

Może kryzys przedefiniował pojęcie sprawiedliwości i musimy się z tym nauczyć teraz żyć.

Przypatrzmy się kryzysowi finansowemu. Wszystko odbyło się na terenie jednego kraju, w jednym mieście, a konkretnie w kilku instytucjach. A przez działania cierpiał cały świat. W każdym kraju zamykano fabryki, a ludzie tracili pracę z powodu złych decyzji garstki osób. Nie może być tak, że wszyscy zbieramy za nich cięgi. Nie można akceptować systemu, który jest tak zaprojektowany, by tylko wąskie grono odnosiło sukces. To niedopuszczalne.

Jak miałoby wyglądać inne rozwiązanie?

Taki system trzeba dopiero wymyślić. Musi on sprzyjać wszystkim, a nie tylko wybranym, gwarantować równość szans. Teraz jest właściwy moment na zmianę. Spójrzmy: naokoło bieda i bezrobocie. Zawsze powtarzam, że biedy nie wymyślili biedni, tylko została na nich nałożona przez system. Dlaczego wciąż w nim tkwimy, skoro produkuje biedę i bezrobocie? Weźmy brak pracy wśród młodych. Czy z nimi jest coś nie tak? Mają takie same możliwości, a czasami nawet większe niż wszyscy inni. Tylko z jakiegoś powodu nie mogą użyć swoich talentów. To nie jest ich wina. To wina gospodarki. Zaprojektowaliśmy fatalny system, w którym młodzi ludzie nie mogą w pełni wykorzystać swoich możliwości, nie mogą zatroszczyć się o siebie. Jest naprawdę ostatni dzwonek, by to zmienić.

U nas zwykło się mówić, że młodzi nie mają umiejętności, na które jest popyt na rynku. Temu mogłyby zaradzić lepsze szkoły. Więc może nie trzeba od razu obalać systemu?

Nie możemy dalej ciągnąć modelu opartego na chciwości i pogoni za pieniądzem. Wszystko inne przestało się liczyć. Pieniądze stały się nałogiem, z którego nie można wyjść, a system oparty na nałogu nie jest dobrym systemem. Jeśli nie chcemy być robotami, musimy odkryć się na nowo jako istoty ludzkie. Bo dzisiaj jesteśmy robotami. Uczy się nas tego już w szkole, uczy się na kursach MBA. System trzeba rozszerzyć tak, aby traktował ludzi jako istoty wielowymiarowe. Bywamy egoistami, ale jesteśmy też bezinteresowni. W biznesie musi się znaleźć miejsce także dla tej drugiej postawy i dlatego mówimy o stworzeniu biznesu na bazie bezinteresowności - i nazywamy to social business.

Wszystkie nawoływania do radykalnej zmiany mają na razie ze sobą tyle wspólnego, że nie słychać konkretów.

Niektórzy przedsiębiorcy już zaczynają mówić, że nastawienie wyłącznie na zysk jest niedopuszczalne. Poza zyskiem jest coś więcej: ludzie i środowisko. Dlatego zakładając firmę, zamiast jednego biznesplanu powinno się mieć trzy: jeden opisujący, jak zarobić, drugi dotyczący pożytku dla ludzi, a trzeci zdradzający troskę o planetę. I z realizacji tych celów trzeba się będzie rozliczyć. Dzisiaj każdego roku pisze się tylko jeden raport, podający dochód i zysk z dywidendy na akcję. W przyszłości będą musiały powstać trzy. Oprócz wyników finansowych, trzeba też będzie dokonać bilansu tego, co się zrobiło dla ludzi, np. ilu pomogło się wyjść z biedy. I jeszcze pokazać, czy na skutek naszych działań środowisko ma się lepiej czy gorzej.

Trudno sobie wyobrazić, żeby stało się to elementem ładu korporacyjnego. Czy gdzieś już wprowadzono takie rozwiązania?

Zaczyna o tym mówić Richard Branson, któremu udało się zebrać wielu innych biznesmenów. Stworzył z nimi grupę, która nazywa się B-Team - od planu B, planu awaryjnego, ponieważ plan A już zawiódł. W grupie jest 20 osób, łącznie ze mną, i razem zastanawiamy się, co dalej. Ja sugeruję postawienie na social business, gdzie osobisty dochód w ogóle nie jest brany pod uwagę. Przedsiębiorcom powierza się losy ludzi i planety, a nie troskę o własny zysk. Taka jest podstawowa idea stojąca za biznesem na bazie bezinteresowności: ponieważ nie jesteśmy już zajęci osiąganiem osobistych zysków, możemy wreszcie zająć się rozwiązywaniem problemów świata.

A czy idee stojące za social business przyświecały panu, kiedy sam był pan właścicielem fabryki opakowań?

Właśnie wtedy zostały opracowane, nie wzięły się tylko z teorii. Na początku były to tylko intuicje, ale potem przekułem je w koncept: nie chcę pieniędzy dla siebie. Nigdy nie chciałem. Obecnie nie posiadam udziałów w żadnej firmie, chociaż stworzyłem ich ok. 60. Znacznie większą przyjemność sprawia mi rozwiązywanie problemów. Każda z moich firm jest na to nastawiona. Te pomysły zaczynają przyjmować się w wielu miejscach: w Niemczech, Albanii, Brazylii, na Haiti, a także w wielu innych.

Bangladesz jest jednym z krajów rozwijających się, ale ta grupa wyraźnie spowalnia gospodarczo.

Kiedy Europa kicha, łapiemy przeziębienie, bo cały świat produkuje rzeczy, które następnie kupują Europejczycy i Amerykanie. Jeśli nie kupujecie, nie produkujemy, jeśli wasza gospodarka zwalnia, nasza też. Ta zależność jest odczuwalna bardzo szybko. Dotyczy to m.in. przemysłu tekstylnego, a Bangladesz pod tym względem jest numerem dwa na świecie.

Uzależnienie od zewnętrznego popytu to za mało, żeby zapewnić długotrwały, stabilny wzrost.

Oczywiście, że tak. Trzeba zrobić to co Chiny. Kiedy nadszedł kryzys, w Pekinie nie czekano, aż ruszy gospodarka europejska czy amerykańska. Powiedzieli: dlaczego mamy czekać, aż zaczną od nas znów kupować? Dlaczego nie mogą od nas kupować sami Chińczycy? Przecież możemy produkować dla nich. Więc skupili się na rynku wewnętrznym. Ale Chiny są wyjątkiem, bo to wielki rynek. Nie wszystkie kraje mają ten komfort, że dzięki rynkowi wewnętrznemu mogą podtrzymać branże nastawione dotychczas na eksport.

Pokojową Nagrodę Nobla otrzymał pan za ideę mikrokredytów. Ale w ubiegłym roku w Indiach przez mikrokredyty pękła bańka, którą wielu porównuje do kryzysu międzynarodowego. Tam też wciskano je ludziom, którzy nie mogli ich spłacić. Co poszło nie tak?

W Indiach ideę mikrokredytów wypaczono. Mikrokredyt pomyślano w duchu social business. Nie po to, żeby zarabiać na najuboższych, lecz by pomóc im wyjść z nędzy. Stworzyliśmy bank, którego posiadaczami są biedni ludzie, więc nikt inny nie może dostać z niego pieniędzy. Jednak twórca SKS [największej firmy oferującej mikrokredyty w Indiach - red.] Vikram Akula stworzył instytucję, której celem był zysk. Dlatego wprowadził ją na giełdę, a inwestorom powiedział, że mogą nieźle zarobić. To zupełnie wypaczony przekaz - nie wmawia się ludziom, że mogą zarobić na biednych. Mikrokredyt nie jest kolejnym instrumentem zarobku bogatych. Tym zajmują się lichwiarze, my chcemy z nimi walczyć. A SKS poszedł w kierunku lichwy.

Niektórzy kredytobiorcy mieli po 3-4 pożyczki. Były samobójstwa i zmuszanie córek do prostytucji, żeby spłacić dług. SKS i jej podobne ściągnęły nawet kapitał venture ze Stanów Zjednoczonych.

Teraz właściciel SKS publicznie przyznaje, że popełnił błąd. Jakiś czas temu podczas debaty w Nowym Jorku powiedział mi, że właśnie droga szybkiej ekspansji jest jak najbardziej właściwa. Ale parę miesięcy później stwierdził jednak: "Byłem w błędzie. Prof. Yunus miał rację".

Richard Branson zebrał grupę ludzi, która nazywa się B-Team - od planu B, planu awaryjnego, ponieważ plan A już zawiódł

@RY1@i02/2013/208/i02.2013.208.00000080a.803.jpg@RY2@

bloomberg

Muhammad Yunus, bangladeski ekonomista, w 2006 r. otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla za wspieranie rozwoju gospodarczego i społecznego razem z założonym przez siebie Grameen Bankiem, który udziela mikrokredytów. Zaangażowany rzecznik walki z biedą i wykluczeniem społecznym. Uczestniczy w pracach dziesięcioosobowego Panelu Postępu Afryki, który corocznie publikuje raport o rozwoju kontynentu. Magazyn "Forbes" uznał go w ub.r. za jednego z największych przedsiębiorców naszych czasów

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.