Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Ryba w czekoladkach

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

"Bajeczki ekonomiczne" Macieja Rybińskiego są jak pudełko czekoladek. Konsumowane z umiarem dają dużo przyjemności. Trzeba tylko pamiętać, że choć ślinka cieknie na ich widok, to solidnego obiadu nam nie zastąpią.

Zmarły w 2009 r. Rybiński był felietonistą genialnym. Może największym mistrzem tej formy od czasów Słonimskiego. To jeden z tych gości, których książki czyta się, chichocząc pod nosem. Bo pisał dowcipnie i piękną polszczyzną. Udało mu się jeszcze coś. Zazwyczaj śmieszą nas felietony, z którymi się jakoś tam zgadzamy. I tak ktoś o poglądach raczej konserwatywnych śmieje się szczerze ze słownych igraszek Marcina Wolskiego, uważając za czerstwe poczucie humoru Daniela Passenta. A jeśli komuś nie po drodze z IV RP, będzie pewnie uważał dokładnie odwrotnie. Rybiński - choć to publicysta o poglądach zdecydowanie prawicowych i autor słynnego tekstu "Koniec Polski Kiszczaka i Michnika" - potrafił wymknąć się temu podziałowi i rozśmieszyć nawet najbardziej zatwardziałych liberałów. Sam widziałem.

Gdy więc na rynku pojawiła się niepozornych rozmiarów książeczka Rybińskiego "Bajeczki ekonomiczne", sięgnąłem po nią z ciekawością. Również dlatego, że nie pamiętałem, by "Ryba Ludojad" (tak nazywała się kiedyś jego kolumna w "Rzeczpospolitej") jakoś szczególnie wiele miejsca w swoich felietonach poświęcał gospodarce. A jednak. "Bajeczki" to zbiór około 30 tekstów Rybińskiego (z ilustracjami Andrzeja Krauzego) z różnych lat i miejsc, mających ze sobą niewiele wspólnego - prócz właśnie pieniężno-ekonomicznego mianownika.

Rybiński pisze więc na przykład jak to kiedyś (jeszcze pracując dla BBC) dostał faks, w którym było coś o jakichś tajemniczych "derivatives", i jak spędził potem parę dni, dopytując się wszystkich, co to właściwie znaczy, ale nikt ze znajomych nie wiedział. Zadzwonił więc do jakiegoś niemieckiego bankiera, który wprawdzie wiedział, ale od razu zaznaczył lojalnie, że nie będzie mu tego w stanie wytłumaczyć. To znaczy, może podjąć taką próbę, ale i tak wie, że zakończy się ona bez sukcesu. Zabawne jest to, że cała rzecz działa się na długo przed kryzysem i nikt nie mógł wtedy przypuszczać, że derywaty dadzą się nam wszystkim jeszcze poznać. I to z jak najgorszej strony. Innym znów razem Ryba wspomina, jak to w 1982 r. wyemigrował z pogrążonej w stanie wojennym Polski i trafił do Niemiec Zachodnich. I jako Polak nienawykły do dobrze funkcjonującego państwa dobrobytu przestraszył się nie na żarty, gdy w krótkim czasie dostał zasiłek i mieszkanie. Uznał, że w takim opiekuńczym ciepełku prędzej zapije się na śmierć, niż cokolwiek jeszcze napisze. Więc z zasiłku zrezygnował.

Czytelnika nie zaskoczy raczej, że gospodarcze poglądy Rybińskiego są betonowo-liberalne, a jego wizja świata typowa dla PRL-owskiego inteligenta, który przez większą część życia żył w kraju tłamszącym (w imię pozornego socjalizmu) przejawy twórczej inicjatywy jednostki. Zostało mu więc do końca przekonanie, że im więcej wolnego rynku, tym lepiej. Ale nie o to przecież w tej książce chodzi. Ekonomiczne czekoladki Rybińskiego nie są po to, by czerpać z nich solidną wiedzę ekonomiczną i szukać w nich nowego inspirującego spojrzenia na gospodarkę. To nie jest ekonomiczny zestaw lunchowy. Raczej smakowity deser. Przypomnienie kunsztu językowego wielkiego mistrza polskiego felietonu. Tym razem na gospodarczo.

@RY1@i02/2013/028/i02.2013.028.000002800.802.jpg@RY2@

Maciej Rybiński, "Bajeczki ekonomiczne", Zysk i S-ka, Warszawa 2012

Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.