Bruce Willis pod choinkę
Oto auta, które w tym roku zrobiły na mnie największe wrażenie. Nie ma tu Ferrari ani Lamborghini
Do dziś pamiętam smak łez ściekających mi po policzkach, gdy odkryłem, że Mikołaj nie istnieje. Byłem w III klasie. Podczas szkolnej imprezy brodaty facet cuchnący piwem wziął mnie na kolana, zapytał, jak mam na imię, po czym czkając i chybocząc się, wręczył mi reklamówkę, w której zamiast miniaturowego modelu Porsche 959, o które prosiłem, były kilogram pomarańczy, napoczęta paczka irysów i kredki Bambino. Już wtedy podejrzewałem, że coś jest nie tak, ale matka przekonała mnie, że Mikołaj był bardzo zmęczony długą podróżą i ciężką pracą. I miała rację. Bo pół godziny później, gdy szedłem do szatni zabrać kurtkę, usłyszałem, jak ciężko sapie, dyszy i jęczy w pokoju nauczycielskim. Myślałem, że chce przecisnąć się przez komin, ale gdy wparowałem do środka, okazało się, że to nauczyciel od WF-u z czerwonymi portkami opuszczonymi do kolan i brodą wciągniętą na czoło przeciska się przez panią od muzyki przebraną za renifera. Speszeni stwierdzili, że robią prezenty na przyszły rok. Ale jakoś mojej natychmiastowej prośby o model wozu strażackiego firmy Burago nie byli w stanie spełnić. Choć na własne oczy widziałem sikawkę!
Mimo traumatycznych doświadczeń pozwalam wierzyć w Mikołaja własnym dzieciom. Co więcej, po latach zrozumiałem pana od WF-u i z tego miejsca pragnę serdecznie przeprosić go za to, że przeze mnie wyleciał z roboty. Bo dziś sam przebieram się za Mikołaja i wiem, jak to fajnie jest najpierw patrzeć, jak prezenty rozpakowują przeszczęśliwe dzieci, a następnie - gdy te pójdą spać - dać się rozpakować żonie. Ogromną przyjemność sprawia mi również czytanie dziecięcych listów do Mikołaja. Co prawda syn jeszcze nie potrafi pisać (zresztą, wziąwszy pod uwagę, że bawi się mopem i rurą odkurzacza, to nie wiem, czy chciałbym przeczytać, że życzy sobie dostać ajax, pronto i nowe wiadro), ale lektura żądań córki jest przednią rozrywką. W tym roku chce same zestawy Lego. Od Duplo, przez serię Friends, City i Creator, a na Technicu skończywszy. Podejrzewam, że chce zbudować własne państwo. Nie takie miniaturowe, ale prawdziwe. Wskazuje na to kwota, jaką miałbym zapłacić za kilkaset ton klocków. W dodatku najdrobniejsze z nich są nieustannie źródłem pewnego problemu - zawsze, gdy o drugiej w nocy zachce mi się pić i na bosaka udaję się do lodówki, muszę nadepnąć na czający się w gęstwinie dywanu plastikowy kwiatuszek albo miecz Jedi. Jeżeli macie w domu dzieci, które bawią się Lego, to z pewnością wiecie, jakie są tego dalsze konsekwencje...
Ale mimo bólu portfela i stopy nawet przez chwilę nie pomyślałem, że mógłbym odmówić dzieciom Lego. To wciąż najlepsza zabawka, jaką można im zafundować. Uczy myślenia i kreatywności, rozwija zdolności manualne, a także uczy współpracy. No i kiedy wymieszacie ze sobą kilka różnych zestawów, możecie stworzyć praktycznie wszystko. Ogranicza was tylko wyobraźnia. Moja córka z wiejskiego sklepu, stadniny koni i koparki zbudowała pojazd kosmiczny, który w przestworzach poradziłby sobie pewnie lepiej niż maszyna Virgin Galactic.
Sam nadal lubię poskładać sobie to i owo z Lego, niemniej marzy mi się zupełnie co innego - samochód, który mógłbym sam zbudować. Nie chodzi o własnoręczne wyginanie arkuszy z blachy, skręcanie wahaczy i strojenie wtrysków. Mam na myśli sklep, do którego wejdę i powiem: "Poproszę zawieszenie z tego audi, układ kierowniczy z tamtego bmw i silnik z porsche. A to wszystko zapakować w nadwozie mercedesa". Myślę, że w taki sposób byłbym w stanie zbudować wóz idealny. Idealny dla mnie rzecz jasna, bo prawdopodobnie wy na samą myśl o nim dostalibyście mdłości. I właśnie o to chodzi w motoryzacji. O różnorodność. O to, że wam nie musi się podobać to, co mnie. I odwrotnie.
Każdy z nas ma swoje marzenia, także te motoryzacyjne. Z tego miejsca życzę wam serdecznie, aby się one... nigdy nie zrealizowały. Bo wówczas 45 proc. z nas jeździłoby czarnym porsche, a 45 proc. czerwonym ferrari. Ale i tak nie przekroczylibyśmy w swoich maszynach 20 km/h, bo pozostałe 10 proc. uczestników dróg stanowiliby ekolodzy, którym zamarzyło się poruszanie konno. Mam nadzieję, że rozumiecie, co mam na myśli.
Wychodzę z założenia, że zamiast marzyć, lepiej chcieć. I nie jednego auta, a najlepiej kilku naraz. Bo wtedy zwiększa się prawdopodobieństwo, że któreś z nich w końcu zaparkujemy w swoim garażu. Tak stworzyłem listę samochodów "Chcę go mieć". Wspominałem o niej parę razy, opisując różne auta. A ostatnio otrzymałem kilka listów, w których pytaliście o jej pełen aktualny skład. Jako że nigdy nie odmawiam trzech rzeczy: pacierza, whisky i czytelnikom, to przedstawiam wam siedem wozów, które w mijającym roku zrobiły na mnie największe wrażenie. Nie oznacza to, broń Boże, że są najlepsze. Wszystkie jednak zostały wyposażone w coś, co osobiście w autach cenię ponad wszystko: w charakter.
Range Rover Sport: Brytyjski dżentelmen
Nie przepadam za SUV-ami. Jeżeli jakiś mi się podobał, pisałem dyplomatycznie, że "mógłbym go mieć". Ale range jest pierwszym, którego chciałbym mieć. Nie za to, że jest na wskroś luksusowy, komfortowy, przestronny i ma dobry silnik. Po prostu mnie urzekł. Ma w sobie coś, czego brakuje bmw X5, Mercedesowi M czy Lexusowi RX. Możecie podejść do tego tak: przed kobietą stoją czterej faceci. Wszyscy schludnie ubrani, wysocy, przystojni, pachnący lacoste’em. Ale tylko jeden z nich całuje ją na powitanie w rękę, otwiera przed nią drzwi i odsuwa krzesło, by mogła usiąść przy stoliku. Chyba już wiecie, o co mi chodzi. Tak, range’owi dałbym się porwać do sypialni. A może nawet nie zdążylibyśmy do niej dojść...
Bmw M3: Bruce Willis
Hollywoodzki twardziel potrafi zagrać komandosa, upośledzonego umysłowo, byłego policjanta, aktualnego policjanta i przyszłego policjanta, ojca, dziadka, bandziora, księdza, a nawet łabędzia, krzesło i zegar z kukułką. A wszystko to z tą samą, jedną, niewzruszoną miną. Dokładnie takie samo jest bmw. Potrafi być wszystkim: rodzinnym sedanem, elegancką limuzyną, kabrioletem (jeżeli wybierzecie wersję M4) oraz rasowym wozem sportowym. Rano jest jak dr Malcolm Crowe z "Szóstego zmysłu": siedzi w fotelu, popija herbatkę i zastanawia się nad życiem po śmierci. A po południu zamienia się w Johna McClane’a ze "Szklanej pułapki": niespodziewanie łapie was za fraki i rzuca o ścianę. Cudowny samochód dla ludzi, którzy nie chodzą na siłownię, nie biegają i nie jeżdżą na rowerze, a największą przyjemność sprawiają im w życiu tylko cztery rzeczy: jedzenie, picie, seks i jeżdżenie. Czyli cudowny samochód dla mnie.
Audi S3: Koliber na haju
Zapewne Krysia Czubówna pokazywała wam nieraz, co potrafią te maleńkie ptaki: w jednej chwili wiszą nieruchomo nad kwiatkiem, po czym w ułamku sekundy znikają z pola widzenia, by za chwilę pojawić się w zupełnie innym miejscu. Mają przy tym mnóstwo osobistego uroku. Znacie kogoś, kto by powiedział, że nie znosi kolibrów, bo to paskudne stworzenia? Ja też nie. I dlatego tak bardzo spodobało mi się S3. Porusza się jak koliber i nie sposób nie darzyć go sympatią. Jest po prostu fajny: towarzyski, pełen życia, elokwentny. Da się nim komfortowo i ekonomicznie jeździć na co dzień, a w trybie sportowym zaczyna się zachowywać, jakby jego konie były karmione nie benzyną, lecz czystą amfetaminą. Polecam go każdemu, bez względu na wiek, płeć, umiejętności, poziom IQ i wyznanie. Bo każdy go polubi.
Ford Fiesta ST: Przedszkolny urwis
Nie potrafi usiedzieć w miejscu, rozrzuca zabawki, podłożył nogę koledze, na koleżankę wylał sok porzeczkowy i pomazał flamastrami ścianę. A mimo to jest ulubieńcem wszystkich. Bo ma niebieskie oczka, piękne kręcone blond włoski, uśmiech jak pięcioletni Belmondo, a gdy coś zbroi, to przychodzi się przytulić i powiedzieć "Kocham cię bardzo". Wypisz, wymaluj fiesta. Urwis, któremu wszystko się wybacza, bo dostarcza mnóstwa radości. To Disneyland i Legoland dla dorosłych. To najlepiej spożytkowane 80 tys. zł na zabawę. To fantastyczny samochód, który w kategorii "frajda" dostaje 11 punktów na 10 możliwych.
Mercedes SLS AMG: Mistrz krav magi w garniturze
Boże, cóż to za zjawisko! Jest jak mężczyzna, który ma budowę atlety, ale ukrywa ją pod doskonale skrojoną marynarką od najlepszego projektanta. Porusza się elegancko i dostojnie, zniewalająco pachnie i ma taki tembr głosu, że gdy tylko otwiera usta, nawet wiatr przestaje wiać, żeby go posłuchać. Wystarczy jednak wcisnąć przycisk "Race" przy skrzyni biegów i wbić nogę w pedał gazu, by SLS zrzucił z siebie cały ten szykowny entourage i zaserwował wam kopniaka w krocze, jeden palec wbił w oko, a drugi w krtań. Na koniec przydusi was tak, że stracicie przytomność. A gdy ją odzyskacie, będziecie błagali o więcej. Według mnie to najlepszy samochód supersportowy, wart znacznie więcej, niż żąda za niego Mercedes. Milion złotych to prawdziwa okazja.
Porsche Boxster GTS: Mały skur...n
Wyobraźcie sobie, że wasz syn jest strasznym gagatkiem: popala fajki pod klatką, podkrada wam z portfela pieniądze, strzela z wiatrówki do kotów i tłucze się z kolegami na przerwach. Średnio raz w tygodniu lądujecie z nim na dywaniku u dyrektora lub na linoleum w komisariacie. A mimo to nie potraficie się na niego gniewać. Bo jest zuchwały, arogancki, pewny siebie, a przy tym cholernie błyskotliwy i inteligentny. Wiecie, że to wszystko zagwarantuje mu w życiu sukces. I dokładnie tak jest z boxsterem GTS - to bezczelny gnojek, który każdemu na drodze pokazuje środkowy palec. Następnie odjeżdża w takim stylu, że absolutnie nikt nie ma mu tego za złe.
Mercedes G500: Duży skur...n
Wygląda tak, jakby miał ochotę strzelić komuś w twarz. I wykorzysta każdą okazję, by to zrobić. Zabierzcie go w prawdziwy teren, a złoi skórę land cruiserom i przejedzie się po patrolach. Na autostradzie wciśnijcie gaz do oporu, a chłopaki w golfach GTI pogubią gacie. Choć gelenda jest zgrabna jak nosorożec, wyrafinowana jak lisia nora i potrzebuje własnej rafinerii, to nie sposób przejść obok niej obojętnie. Można być metroseksualistą z kolczykiem w uchu, żelem na włosach, chodzić w różowej koszulce, można być nawet stuprocentową kobietą, a i tak w tym samochodzie wygląda się jak prawdziwy facet z prawdziwymi jajami. Nie dotyczy to wyłącznie Ronaldo.
Być może zauważyliście, że lista ta nie zawiera zbyt wielu aut supersportowych, kosztujących grube miliony. W zasadzie taki wóz jest na niej tylko jeden: Mercedes SLS AMG. A to dlatego, że jako jedyny w tym segmencie nadaje się do jazdy na co dzień. Oczywiście znam właścicieli ferrari i lamborghini, którzy twierdzą, że ich wozy też się sprawdzają w normalnym użytkowaniu, ale kompletnie im nie wierzę. Równie dobrze mogliby mówić, że przyjemność sprawia im podcieranie się pumeksem. Kłamią, bo nie mają innego wyjścia: nie mogą przyznać się do tego, że wydali ponad milion złotych na auto, od którego boli ich tyłek i przez które podarli już sobie w kroku pięć par najlepszych spodni.
Mnie możecie wierzyć, bo nie wydałem na SLS-a ani złotówki - nie złamie wam kręgosłupa, nie podrze portek i nie wybije plomb. Podobnie jak wszystkie pozostałe wozy z listy. Każdy z nich nadaje się do odwożenia dzieci do przedszkola, wypadów na zakupy i długie weekendy poza miastem. A jednocześnie daje kierowcy frajdę i świadomość, że samochód może dostarczać wyjątkowych przeżyć. I właśnie tego chciałbym wam wszystkim życzyć z okazji świąt - byście wiedli wyjątkowe życie. Nie tylko to motoryzacyjne.
@RY1@i02/2014/248/i02.2014.248.00000580a.101.jpg@RY2@
Łukasz Bąk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu