Gdybym był normalny, może bym ją kupił
Toyota RAV4 2.0 D-4D
The Guardian", "Newser" i "Cosmopolitan" donoszą, że kończy się era tzw. metroseksualnych mężczyzn. Na miłość boską, kto to taki? Na początku myślałem, że chodzi o gości, którzy wykorzystują poranny i popołudniowy ścisk i harmider w wagonach podziemnej kolejki, żeby sobie poużywać. Ale profesor Google wyprowadził mnie z błędu. Okazało się, że metroseksualni to faceci, którzy są babami: noszą legginsy, chodzą na solarium, używają odżywek do włosów, depilują sobie nogi, mają wytatuowanego motylka pod pępkiem, pachną różami, regularnie badają sobie piersi, a ich hobby to bieganie boso po porannej rosie. Gdy podają wam rękę, odruchowo schylacie się, aby ją pocałować.
Cóż, skoro tak, to mam szczerą nadzieję, że "The Guardian", "Newser" i "Cosmopolitan" tym razem się nie mylą i wkrótce metroseksualni spłoną. Jeżeli nie ze wstydu, to na stosie. Niestety, jest też zła wiadomość: w ich miejscu - jak donosi prasa - mają się pojawić tzw. lumberseksualni. Ich cechy szczególne to: delikatność drwala, wrażliwość imadła, gęsta broda, upaćkane wojskowe trepy i niedbały strój. Innymi słowy, niebawem miejskie ulice zapełnią się tysiącami meneli. Widzę w tym mnóstwo zagrożeń. Np. bardzo łatwo będzie można się pomylić i podarować dwa złote niewłaściwemu lumpowi. A wówczas wrócimy do domu z siekierą wbitą w plecy. Zaś drwalskie brody staną się domem dla milionów pasożytów, które prędzej czy później będą skakały wesoło po tramwajach, sklepach i knajpach. A talibom będzie łatwiej wtopić się w otoczenie. A plusy? Podobno kobiety narzekające na to, że we współczesnych czasach nie ma już prawdziwych mężczyzn, wreszcie zostaną zaspokojone. Bo będzie komu wbić gwoździa w ścianę (żeby powiesić na nim głowę upolowanego dzika), narąbać drewna (na ognisko, na którym upiecze się dzika) i trzepać dywany (z dziczej skóry). A raz na jakiś czas lumberseksualny - jak na archetyp faceta przystało - porządnie trzepnie też ukochaną.
Zastanawiam się, dlaczego mężczyźni nie mogą po prostu być sobą. Możliwe, że bierze się to stąd, że w dzisiejszych czasach, żeby być kimś, to trzeba kogoś udawać - jak nie kobietę, to menela. W przeciwnym wypadku nikt nie zwróci na nas uwagi. Dotyczy to wszystkich sfer życia. Także motoryzacji. Na przykład Volkswagen próbuje zapomnieć o swoich plebejskich korzeniach i udaje, że został szlachcicem. Mercedes przywdział twarz młodzieniaszka, choć wszyscy wiedzą, że jego auta kupuje się dopiero wtedy, gdy ma się już wybrane drzewo na trumnę i kwaterę na cmentarzu. Mistrzostwo osiągnął jednak Fiat, który aktualnie udaje, że produkuje samochody.
Na tle tych wszystkich aktorów stojących na motoryzacyjnej scenie jedną z niewielu autentycznych postaci wydaje mi się Toyota. W ostatnich dniach jeździłem modelem RAV4 i muszę przyznać, że zrobił na mnie ogromne wrażenie tym, że nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Serio. Absolutnie niczego w tym aucie bym nie wyróżnił, niczym specjalnie mnie nie uwiodło, nie śniło mi się po nocach, a dwukrotnie nawet o nim zapomniałem. W redakcji parę osób spytało mnie: "Czym teraz jeździsz?", a mnie w pierwszej sekundzie język stawał kołkiem w gardle, a w drugiej odpowiadałem, że niczym.
I w tym tkwi cały sekret sukcesu Toyoty. Jest poprawna aż do bólu, zachowawcza i praktyczna. Z jednej strony nie ma w niej niczego, co uznalibyście za zbędne, a z drugiej - niczego więcej byście do niej nie wstawili ponad to, co już ma. W wersji z dwulitrowym dieslem generuje 124 konie i - szczerze mówiąc - gdyby miała o jeden więcej, nazwałbym to rozrzutnością, a jeden mniej pod względem dynamiki stawiałby ją na równi ze zdechłym psem. A tak 124 konie pasują do tego auta idealnie. Są stosunkowo ciche, zaskakująco żwawe, a przede wszystkim - bardzo wstrzemięźliwe, jeżeli chodzi o konsumpcję. Zupełnie normalna jazda po mieście i autostradą oznacza średnie zużycie na poziomie 7 litrów ON, co w przypadku dużego SUV-a z napędem na cztery koła jest świetnym rezultatem.
Zawieszenie? Ciche, dobrze sprawdzające się i na dziurawych drogach, i na równiutkim asfalcie. Nie za twarde i nie za miękkie. Układ kierowniczy? Wystarczająco komunikatywny nawet przy maksymalnej prędkości, więc autostradowych zakrętów nie trzeba się obawiać. Wykończenie? Jak to w Toyocie - nic nie skrzypi, nie stuka, ale niektóre plastiki z tej samej fabryki co jednorazowe długopisy i maszynki do golenia. Przestrzeń we wnętrzu? Dla cztero-, pięcioosobowej rodziny dokładnie tyle, ile jej być powinno. W bagażniku też (prawie 550 litrów). Napęd na cztery koła? Na śnieżną zimę i jeżdżenie na przełaj nie potrzebujecie niczego poważniejszego niż to, co ma Ravka. Gwarancja? Trzy lata, a więc nie za dużo, ale i nie za mało. A cena? W sensownej wersji 4 x 4 Premium rozsądne 110 tys. zł.
Sami zatem widzicie, że trudno mieć jakieś poważniejsze zastrzeżenia. Ale wyjaśnijmy sobie jedno: RAV4 nie jest samochodem dla tych, którzy oczekują, że ich rurki pękną w kroku z podniecenia podczas jazdy. Nie jest też dla tych, którzy chcieliby transportować nim własnoręcznie ścięte i porąbane drzewo. Ale dla wszystkich normalnych, którzy mają normalne rodziny, normalną pracę, normalnie się ubierają, nikogo i niczego nie udają i oczekują normalnego auta za normalne pieniądze, Toyota jest bardzo dobrą propozycją. Być może nawet najlepszą na rynku. Pozostaje tylko jeden problem: aktualnie normalność nie jest zbyt popularna.
@RY1@i02/2014/226/i02.2014.226.00000150a.803.jpg@RY2@
Toyota RAV4 2.0 D-4D
@RY1@i02/2014/226/i02.2014.226.00000150a.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji
Łukasz Bąk
szef sekretariatu redakcji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu