Jesteś piękna, ale nie pójdę z tobą do łóżka
jazda pod prąd audi TT
W motoryzacji istnieje coś takiego jak segmenty. Wymyślono je, aby można było segregować samochody. Układać równo na półkach według rozmiaru, ceny i cech charakterystycznych. Trochę przypomina to lodówkę perfekcyjnej pani domu, w której każdy produkt ma oddzielną przegródkę: ser biały i żółty, mleko pełne i skondensowane, ogórki świeże i konserwowe, szynka, masło, pomidory etc. I tak segmenty A i B to samochody miejskie, C to kompakty, D - klasa średnia wyższa, E - klasa wyższa, a F - luksusowa. Do tego są jeszcze vany, SUV-y i auta sportowe. No i wersje nadwoziowe: hatchback, sedan, kombi, coupe i cabriolet.
Sęk w tym, że w ostatnich latach producenci samochodów zachwycili się kuchnią fusion i do jednego gara zaczęli wrzucać składniki z różnych półek. Na pierwszy rzut oka kompletnie do siebie niepasujące. Zmieszali smalec z twarożkiem i powstało BMW X6 (SUV coupe). Następnie do blendera powędrowała kiszona kapusta, mango, golonka, makaron świderki oraz pieprz cayenne i tak otrzymaliśmy mini pacemana cooper S. To chyba mieszczuch udający SUV-a w nadwoziu coupe i ze sportową duszą. Ale mogę się mylić. Trudności z rozpoznaniem mam także w przypadku citroena C4 cactus. To zdaje się szczypiorek, mleko sojowe, galaretka truskawkowa i surowa wołowina. Czyli coś do miasta, coś z vana, coś z kombi i coś z SUV-a. A mercedes A45 AMG? To po prostu talerz budyniu z pełną garścią chili.
Obiektywnie patrząc, choć takie dania po zmieleniu często przypominają przetrawioną psią karmę, to trzeba przyznać, że przynajmniej są odżywcze. Każdy z segmentów - i klasycznych, i tych, które dopiero co się narodziły - spełnia jakieś istotne funkcje. Miejskie SUV-y naprawdę dobrze sprawdzają się w mieście, usportowione kompakty łączą względny komfort i niewygórowaną cenę z emocjami na wysokim poziomie, zaś porsche panamera to jeżdżący dowód na to, że hipopotamowi da się przeszczepić geny geparda i nauczyć go wspinania na drzewa. Problem mam tylko z jednym samochodem - audi TT. Niby kwalifikuje się go jako auto sportowe, ale powiedzcie szczerze - czy podstawowa wersja zawierająca 184 konie pojone olejem napędowym zasługuje na to miano? Przecież to tak, jakby na olimpiadę letnią wprowadzić bingo i warcaby, a na zimową - lepienie bałwana.
Znacznie lepsze wrażenie robi 230-konny silnik benzynowy 2.0 TFSI, ale i w tym wypadku jesteśmy daleko od iście sportowych wrażeń. Niby sześciobiegowy automat i napęd na cztery koła gwarantują 5,3 sekundy do setki, ale subiektywnie trwa to dłużej. Samochód jest też paskudnie głośny przy autostradowych prędkościach, kompletnie niepraktyczny (na tylnych fotelach zmieści się najwyżej szczeniak rasy chihuahua) i pali nieprzyzwoite ilości paliwa. W Audi twierdzą, że średnia to 5,9 litra, ale jakiś patałach przygotowujący katalog TT chyba niechcący zamienił cyfry miejscami. Bo w moim przypadku średnie spalanie z emeryckiej jazdy po mieście i szusowania autostradą zgodnego z przepisami (maks. 145 km/h) oraz w trybie efficiency (czyli najbardziej ekonomicznym z możliwych) wynosiło 9,5 litra. Jednak największą wadą tetetki jest jej cena - wersja benzynowa z automatem i napędem na cztery koła kosztuje 183,5 tys. zł. Jest przy tym goła jak rzeźby Giovanniego Berniniego. Ubranie jej w skromny T-shirt i zwykłe dżinsy winduje cenę w okolice 210 tys. zł, a jeżeli zamarzą się wam szpilki, wieczorowe suknie i do tego finezyjne uczesanie, to szykujcie 250-260 tys. zł.
Owszem, tak wyszykowane nowe TT wygląda wspaniale i daje sporo frajdy z prowadzenia (szczególnie po krętych drogach). Ponadto wzbudza uznanie szalenie ciekawymi rozwiązaniami we wnętrzu - sterowanie klimatyzacją przeniesiono do pokręteł w nawiewach, a zamiast tradycyjnego zestawu zegarów zastosowano 12-calowy wyświetlacz, łączący w sobie wszystkie funkcje multimedialne wraz z nawigacją. Niestety jednocześnie tetetka jest kompletnie niepraktyczna, za słaba i za wolna jak na sportowca z krwi i kości, a do tego zdecydowanie za droga. Innymi słowy jest jak supermodelka, która nie potrafi gotować, nie pierze i nie sprząta. Tylko pachnie i wygląda, wydając przy tym w cholerę na ciuchy i kosmetyki. Za nic nie wpuściłbym jej do swojego łóżka. Na dłuższą metę wybieram jej starszą siostrę - o trochę innej urodzie, która ma mniej makijażu i więcej ciałka (ale tym samym także miejsca w ramionach), a przy tym jest znacznie silniejsza (300 koni) i tańsza w utrzymaniu. Innymi słowy, wybieram S3. Najlepsze audi, jakie kiedykolwiek powstało.
@RY1@i02/2014/207/i02.2014.207.00000210b.803.jpg@RY2@
Audi TT
@RY1@i02/2014/207/i02.2014.207.00000210b.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji
Łukasz Bąk
szef sekretariatu redakcji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu