Jestem z miasta, to widać...
Gwiazdor amerykańskiej politologii Benjamin Barber włączył się w dyskusję o przyszłości miasta. I z charakterystyczną dla siebie emfazą ogłosił, że to najlepszy sposób na rozwiązanie większości problemów trapiących ludzkość.
Barber już taki jest. Zawsze, gdy o czymś pisze, robi to na całego. Co jest pewnie tajemnicą sukcesu jego głośnych książek "Dżihad kontra McŚwiat" (1996), "Imperium strachu" (2003) i "Skonsumowani" (2007). Nie ulega też wątpliwości, że Barber pisze świetnie. Choć - to oczywiście opinia złośliwców - nie sięga przesadnie głęboko. Dlatego ci sami złośliwcy twierdzą, że cała treść jego książek zawiera się zazwyczaj już w samym podtytule. A kolejne 300-400 stron to tylko zgrabne żonglowanie literaturą w celu poparcia głównej - zazwyczaj niezbyt przewrotnej - tezy.
Najnowsza praca Barbera "Gdyby burmistrzowie rządzili światem" ma w oryginalnym podtytule "Dysfunkcjonalne narody. Rosnące w siłę miasta" (choć polski wydawca, nie wiedzieć czemu, z tego podtytułu zrezygnował). I w zasadzie to o tym jest ta książka. Bo zdaniem nowojorczyka (Barber w tej książce wielokrotnie przypomina, że to jego rodzinne miasto) państwa narodowe się kończą. Są niezdolne do słuchania swoich obywateli i rozwiązywania problemów, które niesie z sobą zglobalizowany świat. Nie to co miasta. "Glokalne" (to u Barbera słowo wytrych) sanktuaria XXI wieku, w których już dziś żyje większa część ludzkości. I sobie zazwyczaj tę polityczną przynależność chwali.
Idąc tym tropem, Barber szuka pomysłów na nowe ułożenie demokratycznego ładu u burmistrzów. To rozmowy z kilkunastoma z nich są materiałem, na którym pracuje Amerykanin. Są w tej grupie Michael Bloomberg z Nowego Jorku, Antanas Mockus z Bogoty, Jurij Łużkow z Moskwy i Leoluca Orlando z Palermo. Oraz - co jest pewnym zaskoczeniem - aż dwaj Polacy: Paweł Adamowicz z Gdańska i Rafał Dutkiewicz z Wrocławia. Jak to zwykle bywa, burmistrzowie stroją się przed słynnym politologiem w najlepsze piórka. Czarują energią i pomysłami. Barber ogląda sobie ich miasta i wyjeżdża zachwycony. Wszystko świetnie pasuje do tezy, że miasta to przyszłość świata. Bo takie dynamiczne, wolne od uprzedzeń i skłonne do współpracy ponad granicami. Oczywiście Barber dotyka też problemów. Na przykład nierówności, które w gęstej przestrzeni miejskiej są widoczne gołym okiem. Ale ponieważ zajmuje się tym problemem zbiorczo, prześlizguje się tylko po powierzchni tematu. Co jest nieuchronną konsekwencją próby zamknięcia w jednej spójnej narracji tak różnych światów jak Singapur, Denver i Ateny. O tym, że Amerykanin nie wnikał zanadto w szczegóły, dobrze świadczy ostatni - specjalny - rozdział pt. "Polscy burmistrzowie" dodany do naszej wersji tej książki. Czyta się ją trochę jak jakiś prospekt promocyjny napisany przez zagraniczną firmę konsultingową po 20 minutach pospiesznej kwerendy. Są tu takie zdania jak: "Styl rządzenia Hanny Gronkiewicz-Waltz stanowi dla Polski i Europy przykład obywatelskiego przywództwa". Albo: "Sukcesom Wrocławia w dziedzinie biznesu towarzyszą osiągnięcia w sferze sportu i kultury".
Gdzie mnie tam potępiać metodę przyjętą przez wielkiego Barbera. Ośmielę się tylko zauważyć, że może przydałoby się odrobinę krytycznego spojrzenia. Uzupełnienie badań o rozmowy z oponentami i samych burmistrzów, i proponowanych przez nich trendów urbanistycznych. Albo zająknięcie się może nad społecznymi konsekwencjami oddania miastom większej władzy (czy to nie będzie wyrokiem śmierci dla prowincji?). Wtedy ta książka byłaby interesująca. A tak jest kolejnym zgrabnym produktem z fabryki Benjamin Barber Sp. z o.o. Da się czytać. Ale do zachwytu droga daleka jak stąd do Nowego Jorku.
@RY1@i02/2014/187/i02.2014.187.000002800.802.jpg@RY2@
Benjamin Barber, "Gdyby burmistrzowie rządzili światem", Wydawnictwo Muza, Warszawa 2014
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu