Polska siatkówka ma tembr jego głosu
Od 16 lat przyjmujemy, rozgrywamy, atakujemy i blokujemy razem z nim. Z nim przegrywamy i zwyciężamy. Skąd wziął się Tomasz Swędrowski, najsłynniejszy siatkarski komentator?
- Między siódmą a ósmą klasą szkoły podstawowej wystrzeliłem w górę na jakieś 15-17 cm. Lekarze straszyli wtedy, że będę ślepy, krzywy albo upośledzony. Jakoś się jednak wywinąłem - dworuje sobie dziennikarz Polsatu i były siatkarz wrocławskiej Gwardii. Jako małolat dyscyplin próbował się uczepić różnych. - Grałem w koszykówkę, trenowałem kolarstwo w Dolmelu, przez chwilę też piłkę nożną u pana Poręby w Śląsku. A gdy urosłem, zacząłem grać w siatkówkę. W Odrze Wrocław. Zauważono mnie na mistrzostwach Polski juniorów i powołano na zgrupowanie kadry w tej kategorii wiekowej. W ten sposób dowiedziała się o mnie Gwardia, do której trafiłem - wspomina.
Przy Krupniczej nastąpiło zderzenie z wielką siatkówką. - Wydawało mi się wówczas, że umiem wiele, lecz w Gwardii okazało się, że nie umiem prawie nic. Że jestem średniakiem. To była konfrontacja z takimi nazwiskami jak Jarosz, Kłos czy Łasko. Władysław Pałaszewski pozwolił mi jednak grać, a u niego i u Jurka Suchanka było tak, że albo zrobisz postępy, albo nie będziesz grać w ogóle. No i załapałem się do drużyny na stałe, a im więcej zawodników z czasem odchodziło, tym więcej grałem ja. Przez długi czas wchodziłem na blok pod siatkę za Wojtka Baranowicza - konstatuje "Swędrol".
"Swędrol" to mistrz (z 1982 r.) i dwukrotny wicemistrz kraju (1983 r. i 1984 r.). Zatem nie taki średniak. U schyłku kariery sportowej, w 1988 r., zaczął myśleć o nowej przygodzie - dziennikarskiej. Poszedł za głosem serca i radą nauczycielki. - W Gwardii kończyło się wówczas duże granie. Utrzymaliśmy się, a co lepsi gracze zaczęli wyjeżdżać za granicę. Klubów poza Polską mogli szukać tylko reprezentanci. Ja reprezentantem nie byłem, za to byłem nie najgorszy z polskiego. Nauczycielka w podstawówce powiedziała mi kiedyś: "Ty, Swędrowski, powinieneś zostać dziennikarzem sportowym". A kiedy później podchodzili do nas dziennikarze, to najczęściej mnie wysyłano, by z nimi gadać. Lubiłem to, jakoś sobie radziłem - tłumaczy.
Na nawijanie do sitka namówił go Andrzej Ostrowski z Polskiego Radia Wrocław. - On mi pokazał, na czym polega dziennikarstwo sportowe. Koleżanki uczyły montażu, trzeba było też zdobyć kartę mikrofonową. Trochę zachodu to kosztowało. Przeszedłem w radiu wszystkie szczeble, od aplikanta po dyrektora programowego - wspomina dziennikarz. Do telewizji trafił w 1998 r. - Marian Kmita pracował wtedy jeszcze jako szef sportu w publicznej telewizji, która miała prawa do pokazywania siatkówki. Wiedział, że grałem i że różne rzeczy w radiu robiłem. On mi tę robotę zaproponował. Na zasadzie współpracy zacząłem więc od komentowania z dziupli MŚ w Japonii. Po roku Kmita jednak odszedł zakładać coś takiego jak Polsat Sport, a więc pierwszy polski kanał sportowy. Miałem do wyboru: zginąć w korytarzach TVP albo iść za nim. Poszedłem - uśmiecha się dziennikarz.
Spektakularnych wpadek w karierze nie miał, bo przecież środowisko zna od podszewki. - Najzabawniej, albo najstraszniej, było w krajach, które raczkowały telewizyjnie. W Wenezueli np. połowa obsady wozu transmisyjnego była po alkoholu, nikt nie potrafił ustawić satelity. Dostałem numer tego kodu na satelitę i sam musiałem go wklepać. W Egipcie natomiast nie miałem monitora kontrolnego, bo uznali, że nie jest potrzebny - wspomina.
- W telewizji, żeby móc mówić o profesjonalizmie, trzeba być zaszufladkowanym. Jeśli dziś robisz kajaki, jutro skoki, a pojutrze coś jeszcze innego, to nie możesz się na tym wszystkim znać. Jestem zwolennikiem tej właśnie starej szkoły, dziś negowanej. Dobrze być kojarzonym z jedną dyscypliną, z dwiema. Jeśli jest ich więcej, ja się na to nie piszę. Nie wiadomo wtedy, kim ty jesteś - wykłada swoją filozofię siatkarski spec.
Czy będzie medal MŚ dla Polski? - Antiga z Blainem chcą mieć zespół. Wcześniej reprezentacja opierała się na sześciu, siedmiu zawodnikach, teraz nastało coś nowego. Mają grać wszyscy i wszyscy są równi, to taki francuski styl. Tylko że Francuzi mieli inne wyszkolenie techniczne. Inne, czyli bardzo dobre - zauważa. I przestrzega: - Chcemy powojować na tych MŚ, ale jak to wyjdzie, nie wiadomo. Jedno musimy sobie uświadomić. Moim zdaniem, i chyba nie tylko moim, nie jesteśmy faworytami turnieju. Kogo zatem widzi wśród faworytów? - Ciągle te same ekipy. Rosjanie są trochę osłabieni, ale cały czas mocni. Do tego Brazylia. Jeśli my zakwalifikujemy się nawet nie do czwórki, ale do szóstki, będzie to nasz duży sukces. No, chyba że po drodze ktoś niechcący odpadnie. Poza Meksykiem nie ma już jednak słabeuszy, bo nawet Kamerun swoje umie i w 2010 r. namieszał podczas MŚ we Włoszech - przypomina.
@RY1@i02/2014/170/i02.2014.170.00000200a.802.jpg@RY2@
PIASECKI/NEWSPIX
Zanim został siatkarzem, był koszykarzem i kolarzem
Wojciech Koerber
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu