Dziennik Gazeta Prawana logo

Kolejny kandydat na Napoleona

27 czerwca 2018

Stephane Antiga, selekcjoner reprezentacji Polski siatkarzy, może być pewny, iż pierwsze poważne niepowodzenie spowoduje, że spadnie na niego olbrzymia krytyka. Za to sukces sprawi, że zostanie narodowym bohaterem

Każdy z nich był inny, każdy miał inne wady i zalety. Raul Lozano, Daniel Castellani i Andrea Anastasi, trzej wielcy zagraniczni trenerzy naszej reprezentacji, zapewnili polskiej siatkówce skok w górę. To dzięki nim polscy siatkarze są w światowej czołówce. Każdy z nich miał problemy z tzw. polską myślą trenerską, która nie mogła zdzierżyć, że siatkarzy prowadzi selekcjoner z zagranicy. Bo "największe sukcesy nasza siatkówka odnosiła, gdy trenerem był Hubert Jerzy Wagner". Argumenty, że siatkówka była wówczas sportem akademickim, poziom był dużo niższy i nikt w świecie właściwie się nią nie interesował, nie trafiały.

W latach 90. polska siatkówka zaczynała się wygrzebywać ze szkolnych sal dzięki awansowi na igrzyska w Atlancie i debiutowi w Lidze Światowej. W trakcie olimpijskich zmagań biało-czerwoni pod wodzą Wiktora Kreboka wygrali tyko jednego seta. Później na 1,5 roku wrócił Wagner, następnymi trenerami byli Ireneusz Mazur, Ryszard Bosek, Waldemar Wspaniały i Stanisław Gościniak, ale żaden z nich nie odniósł sukcesu. Aż wreszcie w styczniu 2005 roku Raul Lozano wygrał konkurs na selekcjonera reprezentacji Polski.

To nie była kandydatura oczywista, wybór Lozano zaskoczył. Argentyńczyk był znanym trenerem we Włoszech, ale głównie z pracy w klubach. Doświadczenie w prowadzeniu reprezentacji miał niewielkie - dwa razy bez sukcesów prowadził drużynę Hiszpanii. Za to prowadził wiele klubów, na co nikt nie zwrócił uwagi. Bo Lozano tylko w jednym klubie pracował dłużej niż dwa sezony, a w większości spędzał rok. Polacy szybko przekonali się, dlaczego tak było...

Lozano, jako obcokrajowiec, niewątpliwie był postacią w tamtym czasie potrzebną, ale to, że wybór nie był do końca przemyślany, szefowie Polskiego Związku Piłki Siatkowej (PZPS) zrozumieli szybko. Argentyńczyk tylko przez pierwszy rok zachwycał swoją pracą. - Był inny Lozano przed Mistrzostwami Świata w Japonii i zupełnie inny Lozano po tej imprezie - mówił później Mariusz Wlazły. To za kadencji Lozano Wlazły ogłosił, że nie chce grać w kadrze. Po czasie przymuszony przez szefów PZPS przeprosił trenera, ale szybko znów mógł wypowiadać głośno, co o nim sądzi. Wtedy jednak już wszyscy mieli dość Lozano, którego złośliwie nazywali "hodowcą bydła". Trener nie przemęczał się w pracy dla polskiej siatkówki - około połowy każdego roku spędzał na farmie w Argentynie, gdzie zajmował się hodowlą krów. Dziennikarze i niektórzy działacze wypominali mu, że przez cały sezon klubowy siedzi w Argentynie, ale on wtedy odgryzał się, że to... spisek. W pewnym momencie uknuł teorię, że chcą zniszczyć go niemieckie media, i kilku dziennikarzom piszącym o siatkówce zarzucił, że działają przeciwko niemu, bo "takie mają polecenia szefów". Dlaczego mieliby niszczyć akurat jego (i dlaczego Niemcy?!), nigdy nie wyjaśnił. Nawet wtedy, gdy został trenerem niemieckiej reprezentacji, z której też został wyrzucony. Oficjalnie za brak porozumienia z zawodnikami.

Ale miał jedną wielką zaletę - był obcokrajowcem i mógł liczyć na warunki, jakich wcześniej nie miał w Polsce żaden trener. Każda jego zachcianka była spełniana. Kibice pokochali go od razu, a śpiewany przez polskich kibiców nieoficjalny hymn siatkarzy, czyli "Pieśń o Małym Rycerzu", stał się hymnem Lozano. Wzrost Argentyńczyka i sukces podczas japońskiego mundialu pasowały przecież do tej historii.

Każdy z wielkich poprzedników Antigi miał swoich ulubieńców, ale też i takich, których nie znosił. Faworytem Lozano był Piotr Gruszka, a po drugiej stronie był Krzysztof Ignaczak, który sensacyjnie nie znalazł się w kadrze na mistrzostwa świata w Japonii. Castellani kilka lat później skreślił Łukasza Żygadłę, a Andrea Anastasi najpierw Mariusza Wlazłego, później zaś Zbigniewa Bartmana, swojego ulubieńca. Antiga, który wyrzucił z drużyny Bartosza Kurka, nie jest pierwszym podejmującym dziwne decyzje.

Po mistrzostwach świata w Japonii, gdzie nasi zajęli drugie miejsce, Polska oszalała na punkcie siatkarzy, a Lozano, nazwany przez kibiców generałem lub Napoleonem, był ojcem sukcesu. Później było już tylko gorzej. To zresztą wspólny mianownik trzech ostatnich trenerów reprezentacji - wielki sukces i zjazd w dół. Lozano rok po srebrze zajął 11. miejsce na mistrzostwach Europy, ale przetrwał, bo obiecywał sukces na igrzyskach. Biało-czerwoni nie przebili się do strefy medalowej, a Lozano musiał odejść. Wcześniej w heroicznych bojach ze słabą Belgią zdołał wywalczyć awans do następnych mistrzostw Europy, które Polacy, już pod wodzą nowego trenera, zakończyli ze złotym medalem.

Lozano kłócił się ze wszystkimi i o wszystko, a sobie przypisywał wiele zasług, jak sprowadzenie do Polski Daniela Castellaniego. I choć Castellani tłumaczył, że Lozano nie miał udziału w podpisaniu przez niego kontraktu ze Skrą Bełchatów, w świadomości wielu informacja, że trener reprezentacji namówił kolegę do pracy w Polsce, została. Podobnie było z leczeniem skurczy Mariusza Wlazłego - Lozano wysłał go do specjalistów z Barcelony, którzy przygotowali wkładki do butów. Te zniszczyły się po kilku tygodniach, a dolegliwość Wlazłego wyleczył fizjolog Jerzy Żołądź.

Po dymisji Lozano kandydat do prowadzenia reprezentacji był jeden, choć polscy trenerzy forowali Grzegorza Wagnera. Ale Castellani był fachowcem i - w przeciwieństwie do Lozano - siatkarską legendą, Diego Maradona nazywa go przyjacielem, sam zaś przez trzy lata pracy w Bełchatowie pokazał, że jest człowiekiem niekonfliktowym.

Tak jak Lozano dał Polsce srebro na mundialu, tak Castellani złoty medal mistrzostw Europy. W 2009 r. w Turcji na biało-czerwonych nie było mocnych, choć nowy selekcjoner nie mógł skorzystać z dwóch ważnych graczy - Wlazłego i Michała Winiarskiego. Obaj leczyli kontuzje. Złoto w Izmirze sprawiło, że nikt już nie pamiętał o Lozano, a Castellani otrzymał nawet Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Wydawało się, że wreszcie nasi mają trenera na lata. I pewnie tak by było, gdyby Castellani... nie był uczciwy. Nie mógł zrozumieć, że - by walczyć o wygraną w mundialu - trzeba celowo przegrać mecz, a najlepiej dwa. I choć był do tego namawiany - nie złamał się.

Mistrzostwa świata we Włoszech były ordynarnie ustawione pod gospodarzy, lecz Polacy, gdyby zajęli w pierwszej fazie trzecie miejsce - trzeba było przegrać z Serbami i prowadzonymi przez Lozano Niemcami - mogli przejąć ich ścieżkę do półfinału. Castellani to rozumiał, ale mówił: "Gdybym wszedł do szatni i powiedział zawodnikom, że mają przegrać mecz, straciłbym autorytet". Rok później jego następca Andrea Anastasi takich dylematów już nie miał. W mistrzostwach Europy Polakom groził ćwierćfinał z Rosją, która była faworytem do złotego medalu. Można było ją ominąć w ostatnim meczu w grupie, przegrywając ze Słowacją. - Wiecie, co macie zrobić - powiedział siatkarzom, a ci przegrali 0:3. Sześć dni później opuszczali Wiedeń z brązowymi medalami.

Uczciwość Castellaniego skończyła się grą w drugiej rundzie mundialu z Brazylią (przyszłym mistrzem świata) i silną Bułgarią. A że Polacy zaczęli grać słabiej, dwie porażki odesłały ich do domu. Castellani miał wprawdzie kontrakt do 2012 roku, ale jego przeciwnicy wykorzystali okazję. Uczciwy do bólu Castellani, gdy dostał polecenie, by napisać szczegółowy raport o niepowodzeniu, usiadł i napisał kilkudziesięciostronicowy dokument. W czasie gdy był on tłumaczony z włoskiego na polski - by zarząd PZPS mógł się z nim zapoznać - działacze związku zdecydowali o zerwaniu kontraktu z trenerem. A ten o całej sprawie dowiedział się przez wiadomość SMS, bo prezes związku Mirosław Przedpełski... nie chciał go obudzić.

Polskim trenerom znów zamarzył się miejscowy selekcjoner, wytypowany został prowadzący Skrę Bełchatów Jacek Nawrocki. I gdyby zgodził się rozwiązać umowę z klubem, poprowadziłby Polaków na igrzyskach w Londynie, a do kadry wcześniej wróciłby Mariusz Wlazły. Ale Nawrocki chciał łączyć obie posady, więc znów zwyciężyła opcja z trenerem zagranicznym. Tym razem do Polski przyleciał trener z najwyższej półki. A do tego mistrz picu, którym urzekł zawodników, media i kibiców. Lozano walczył z mediami, Castellani im się poddawał, godząc się na wszystko, a Anastasi umiał z nimi współpracować, trzymając dystans. Od kumplowania się z dziennikarzami miał Andreę Gardiniego.

Warsztatowo Anastasi pewnie nie był lepszy od Castellaniego - większość zawodników grających u obu twierdzi, że gorszy - ale lepiej poruszał się w komercyjnym sporcie. Wśród siatkarskich trenerów nie ma równych w korzystaniu z portali społecznościowych, które przynoszą mu popularność wśród fanów. Kilku zawodnikom zmienił życie - Zbigniewa Bartmana przesunął na pozycję atakującego, Daniela Plińskiego wyrzucił z kadry po tym, jak ten poprosił go o kilka tygodni wolnego - ale jednego, Mariusza Wlazłego, upokorzył.

Trzy miesiące przed igrzyskami w Londynie prezes PZPS Mirosław Przedpełski i prezes Skry Konrad Piechocki postanowili doprowadzić do końca konfliktu na linii Anastasi - Wlazły. Zawodnik nie chciał grać w jego drużynie, ale był skłonny zmienić zdanie. Bełchatowski klub zaprosił trenera na mediacje, a ten pogadał z Wlazłym i powiedział, że chce go powołać. Gdy siatkarz Skry zapytał Anastasiego, jak jego powołanie zostanie odebrane w drużynie, Włoch odparł: To ja nią rządzę. Wlazły spodziewał się powołania na zgrupowanie, ale telefon milczał. Przed sparingowym meczem z Australią Wlazły wsiadł w samochód i pojechał do Łodzi, by zapytać Anastasiego, kiedy dostanie powołanie. Anastasi bardzo się ucieszył, gdy go zobaczył, po czym z uśmiechem na ustach zapytał: A to nie przekazali ci, że zrezygnowałem z twojego powołania? Wiesz, inni gracze źle by się poczuli...

Anastasi czuł się wtedy bardzo mocno - kilka miesięcy wcześniej zajął drugie miejsce w Pucharze Świata - a w lipcu jego pozycja jeszcze wzrosła, bo w świetnym stylu wygrał Ligę Światową. I choć w Londynie znów nie udało się przebić do strefy medalowej, utrzymał stanowisko. Wydawało się, że trzyma kadrę mocną ręką, ale to było złudzenie. W drużynie narastał konflikt pomiędzy większością zawodników a Bartmanem. - Zdarza się, że wychodzimy całą drużyną na zgrupowaniu i tylko on nie idzie - opowiadał kiedyś jeden z kadrowiczów. Przed mistrzostwami Europy w Polsce Anastasi zrezygnował z Bartmana, ale to nie pomogło. W barażach o miejsce w ćwierćfinale przegrał z Bułgarią 2:3, choć prowadził 2:0. Tak jak poprzednicy, odszedł po bolesnej porażce.

Antigę od całej trójki różni jedno - nauczył się języka polskiego, by móc rozmawiać z zawodnikami i dziennikarzami. Lozano w życiu nie wypowiedział słowa po polsku, Castellaniemu długo "dzień dobry" myliło się z "dziękuję", a Anastasi polskiego używał tylko, gdy chciał kogoś rozśmieszyć. Tymczasem Antiga pierwsze słowa do kadrowiczów w Spale wypowiedział właśnie po polsku. Oczywiście różni go od nich również fakt, że jest dopiero na początku swojej trenerskiej drogi. A siatkarzem był z pewnością porównywalnym z Castellanim i Anastasim, którzy również odnosili wielkie sukcesy na boisku.

21 września, gdy skończą się mistrzostwa świata, wszystko będzie już jasne - czy Antiga, jak każdy z jego wielkich poprzedników, zacznie pracę od medalu na ważnej imprezie, czy też zaliczy wpadkę. Gdy wyrzucał Bartosza Kurka, pokazał, że potrafi być bezwzględny i twardy, ale - z drugiej strony - zadziwił świat. Również Anastasiego i Castellaniego, którzy - choć nie chcieli tego komentować wprost - sugerowali, iż takiego zawodnika pozbywać się nie należy...

Kontrowersyjne decyzje personalne łączą Antigę z poprzednikami

@RY1@i02/2014/168/i02.2014.168.000001500.803.jpg@RY2@

Jan Graczyński/East News

Francuski siatkarz, który grał także we włoskich klubach, po przyjęciu posady trenera biało-czerwonych nauczył się polskiego

Paweł Hochstim

dgp@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.