Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Zdążyć przed ogniem, ocalić choć resztki

Ten tekst przeczytasz w 7 minut

W Powstaniu ginęło całe miasto. Nie tylko ludzie. Nieliczni próbowali ratować dobra kultury

W Muzeum Powstania Warszawskiego, obok makiety zniszczonego Starego Miasta, wisi zdjęcie pięknej, ale smutnej i zamyślonej dziewczyny - Ewy Faryaszewskiej. Była jedną z kilkunastu tysięcy młodych ludzi poległych w czasie 63 powstańczych dni. Walczyła inaczej - ratując narodowe pamiątki i bezcenne dzieła sztuki. Razem z Leszkiem Świderskim i kustoszem Muzeum Narodowego Zygmuntem Miechowskim wynosiła je ze zniszczonych świątyń i kamienic.

Już wieczorem 1 sierpnia 1944 r. Adolf Hitler wydał rozkaz zrównania Warszawy z ziemią i wymordowania mieszkańców. Rozpoczęło się metodyczne niszczenie polskiej stolicy. Stare Miasto zostało zrujnowane niemal w stu procentach (po wojnie tylko budynek przy ul. Długiej 6 nadawał się do użytku). W pierwszych dniach Powstania Niemcy spalili Mariensztat, malowniczą dzielnicę przylegającą do Starego Miasta: ocalała jedynie niewielka część zabudowy przy ul. Bednarskiej. 2 września obalono kolumnę Zygmunta, 4 września niemieckie czołgi rozjechały płyty Grobu Nieznanego Żołnierza. Rozpoczęte we wrześniu 1939 r. burzenie Zamku Królewskiego dokończono już po zakończeniu walk powstańczych. 2 września, po wyjściu kanałami ostatnich powstańców, Niemcy zniszczyli Archiwum Główne przy ul. Długiej, Archiwum Akt Dawnych przy ul. Jezuickiej, Archiwum Skarbowe przy Podwalu. Prawie nic nie zostało po przechowywanych tam zasobach. Płonęły bezcenne obrazy, rzeźby, książki. Z każdym dniem trwania walk sytuacja Starego Miasta była tragiczniejsza. Było odcięte od reszty walczącej Warszawy, wszystko płonęło, waliło się, rynek praktycznie przestał istnieć. Ginęły bezcenne świadectwa naszej historii i kultury.

16 sierpnia w płomieniach stanęła archikatedra św. Jana Chrzciciela, runęła część sklepienia. Kapelan Powstania Warszawskiego ks. Wacław Karłowicz wraz z dwoma sanitariuszkami wynieśli krucyfiks Jezusa Konającego - bezcenny obiekt kultu, najwspanialszy zabytek rzeźby późnośredniowiecznej - i umieścili go w kościele pod wezwaniem św. Jacka. Barbara Gancarczyk, sanitariuszka batalionu "Wigry", która pomagała przenosić figurę, tak opisuje tę historię: "W kaplicy Baryczków wisi Chrystus Cudowny. Ksiądz Wacław Karłowicz usiłuje zdjąć figurę z krzyża. Wokół na ołtarzu i posadzce rozsypane wota z roztrzaskanej gabloty. Pomagamy księdzu we dwie z »Teresą«. Figura jest duża i ciężka. Wspólnie wynosimy ją na zewnątrz kościoła, idziemy ul. Jezuicką, która jest pod silnym ostrzałem. Wchodzimy do najbliższej bramy, tam ksiądz demontuje ręce Chrystusa. Z bliska przyglądam się obliczu. Wydaje się bardzo surowe. Z zaciekawieniem badam legendarne włosy (rzeźba ma naturalne ciemne ludzkie włosy na głowie i brodzie - aut.). Rzeczywiście są prawdziwe, przysypane pyłem i resztkami gruzu. Korona cierniowa też jest prawdziwa. Figura od wieków otaczana była czcią. Modlili się przed nią polscy królowie i wodzowie wielu powstań narodowych... Idę pierwsza, niosąc ręce, za mną ksiądz i pomagający mu chłopak, przypadkowy powstaniec z opaską na ręku. Jezuicka i Świętojańska są pod silnym ostrzałem. Przejścia piwnicami zatłoczone ludźmi. Proszę o zrobienie miejsca dla posuwających się wolno księdza i kolegi powstańca. Ludzie na wieść, że niesiemy Cudownego Pana Jezusa z katedry, rozstępują się. Klękają, głośno modlą, niektórzy płaczą...".

Figura została złożona w podziemiach kościoła Dominikanów, obok rannych; był tam szpital powstańczy. W wyniku bombardowań niemieckich budynek został prawie doszczętnie zniszczony. W ruinach zginęło kilkaset osób. Kiedy Niemcy przeszukiwali zrujnowany kościół, nie zwrócili uwagi przykrytą tkaniną i przysypaną gruzem figurę. Wzięli ja za martwego cywila. Kilka miesięcy później, po zakończeniu wojny, kiedy spod stosu kamieni i cegieł odkopano figurę Chrystusa, była prawie nietknięta.

Ratowanie polskich skarbów narodowych rozpoczęło się wraz z okupacją. Było to jedno z zadań, jakie postawiło przed sobą państwo podziemne. Nie zaprzestano tych działań po wybuchu Powstania. W zespole odpowiedzialnym za zabezpieczanie zabytków kultury na Starym i Nowym Mieście była Ewa Faryaszewska. Wraz z przyjaciółmi - młodym kustoszem Muzeum Narodowego Zygmuntem Miechowskim i Leszkiem Świderskim - zbierali ze spalonych świątyń i kamienic dzieła sztuki i znosili do podziemi kamienicy Baryczków przy staromiejskim rynku. Robili to z niezwykłym bohaterstwem, kiedy przeszukiwali gruzy katedry św. Jana, obok słyszeli głosy Niemców, bo ta część Starego Miasta była już w ich rękach.

Ewa pokochała Warszawę całym sercem, chociaż urodziła się na Śląsku, w Dąbrowie Górniczej i tam się wychowała. Do Warszawy przyjechała w 1938 r. po śmierci ojca, dyrektora kopalni Flora. Rozpoczęła studia na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych, interesowała ją fotografia. Od początku okupacji działała w konspiracji, kontynuowała studia na tajnych kompletach. Fotografując, dokumentowała zabytki i ich zniszczenie, za swoją działalność została awansowana do stopnia kaprala.

Kiedy wybuchło Powstanie, Ewa wraz z matką i rodzeństwem ruszyła do walki. Mieszkała razem z matką przy ulicy Rybaki. 17 sierpnia dom spłonął, Leszkowi Świderskiemu udało się jeszcze wyciągnąć z płomieni obrazy Henryka Musiałowicza znajdujące się w rodzinnej kolekcji. Faryaszewska z matką Ireną na krótko zamieszkały u zaprzyjaźnionego małżeństwa Świderskich, przy Nowomiejskiej 7, ale 28 sierpnia wszyscy zdecydowali, by przenieść się do kamienicy Baryczków, gdzie olbrzymie piwnice o bardzo mocnych i grubych ścianach i stropach dawały dużo większe poczucie bezpieczeństwa niż przebywanie na zupełnie zniszczonym Nowym Mieście. Trzeba było jeszcze wrócić do domu po niezbędne rzeczy. "Wychodziliśmy z Nowomiejskiej 10, trzeba było przeskoczyć wąską ulicę, na drugą stronę. Potem różnymi piwnicami i odkrytymi przestrzeniami posuwać się naprzód w kierunku ulicy Freta. Pierwsza z naszej czwórki wybiegła Ewunia, Leszek, Kazia, na końcu ja. Gdy byłam już prawie u wylotu bramy, nastąpił wybuch pocisku z granatnika. Cofnęłam się w głąb bramy, miałam zranioną nogę. Po chwili uświadomiłam sobie, że tamci są na ulicy. Wybiegłam i zobaczyłam rozdzierający obraz. Kilka osób zabitych, Ewunia z rozszarpanymi nogami, Leszek przełamany wpół. Kazia czołgająca się do bramy, zalana łzami" - opisywała Irena Faryaszewska w liście napisanym w maju 1945 r. do siostry Kazi Świderskiej.

Następnego dnia Ewa zmarła. Matka czuwała przy niej do końca, pomimo rozpaczy powiedziała: "Bóg pozwolił mi chociaż do ostatniej chwili być przy moim dziecku. Miała schodząc ze świata moją gorącą miłość koło siebie, może osłodziło jej to tę chwilę". To prawda - inni młodzi ludzie zwykle odchodzili w samotności. Od tej pory pani Irena została "ciocią Faryaszewską", wspierającą i pomagającą rannym i potrzebującym.

29 sierpnia zmarł również Leszek Świderski. Oboje zostali pogrzebani pod murami Starego Miasta przy ulicy Podwale koło Barbakanu. Powstania nie przeżył również Zygmunt Miechowski, asystent profesora Stanisława Lorentza (który później był odpowiedzialny za odbudowę Zamku Królewskiego), dokumentujący zniszczenia, jakich Niemcy dokonywali w Warszawie. Po upadku Powstania na Starym Mieście przeszedł kanałami do Śródmieścia i tam zginął 25 września. Rodzeństwo i matka Ewy przeżyli powstanie. Siostra zamieszkała w Australii, brat we Francji.

Ewa po ekshumacji spoczęła w rodzinnym grobie na starych Powązkach, ma również symboliczną mogiłę na cmentarzu wojskowym, razem z żołnierzami batalionu "Wigry".

Ofiara złożona przez Ewę Faryaszewską, Leszka Świderskiego, Zygmunta Miechowskiego i innych nie poszła na marne - warszawską Starówkę zrekonstruowano i odbudowano (między innymi dzięki opracowanej przez nich dokumentacji). Odbudową zajmował się Wydział Architektury Zabytkowej Biura Odbudowy Stolicy kierowany przez Jana Zachwatowicza. 2 września 1980 r. Stare Miasto w Warszawie zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W informacji uzasadniającej napisano: "Ponad 85 proc. zabytkowego Centrum Warszawy zostało zniszczone przez nazistowskie oddziały okupacyjne. Po wojnie mieszkańcy Warszawy podjęli dzieło odbudowy, które doprowadziło do odtworzenia kościołów, pałaców i domów będących symbolem polskiej kultury i narodowej tożsamości. Jest to wyjątkowy przykład całkowitej rekonstrukcji zespołu historycznego".

Na tym mogłaby się skończyć historia Ewy. Coraz rzadziej wspominano by jej nazwisko, czas zacierałby również podpis Ewy Faryaszewskiej jako autorki fotografii Starego Miasta z 1944 r. Wszystko potoczyło się jednak zupełnie inaczej, dzięki pewnemu... holenderskiemu malarzowi.

Fascynacja Tho Husona rozpoczęła się od albumu poświęconego Powstaniu Warszawskiemu, interesował go problem rekonstrukcji zabytkowych ruin, zobaczył zdjęcie Ewy i zachwyciła go jej uroda. Postanowił namalować jej portret, ale wcześniej dowiedzieć się o niej jak najwięcej. Dotarł do żyjącej rodziny Ewy, razem z Barbarą Gancarczyk spacerował po Starym Mieście jej śladami. Dziewczyna stała się czymś w rodzaju jego obsesji, roztrząsa jej życie i śmierć. Ciągle szuka jej śladów. Jest ona inspiracją kolejnych obrazów. Na pierwszym planie jest zakrwawiona Ewa, w tle ruiny Starego Miasta, kolumna Zygmunta i figura Chrystusa. Dzieł powstało wiele, na wszystkich na pierwszym planie jest Ewa, a w głębi przedwojenna Warszawa.

@RY1@i02/2014/148/i02.2014.148.050000600.802.jpg@RY2@

MUZEUM NIEPODLEGłOśCI/EAST NEWS

Widok na zrujnowany plac Zamkowy i katedrę św. Jana

Małgorzata Czerwińska-Buczek

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.