Czekając na boskiego Leo
W trzech meczach grupowych Messi strzelił cztery gole. Dziś ma szansę powiększyć swój dorobek w spotkaniu ze Szwajcarią
Leo Messi i Diego Maradona, obaj z aureolami wokół głów. Ten drugi trzyma w jednym ręku Złotą Nike, drugą błogosławi swojego następcę. "Święta Trójca" - tak wywieszoną przez argentyńskich kibiców flagę nazwał angielski dziennik "Daily Mail". Ktoś mógłby uznać to za sygnał, że w ojczyźnie Evy Perón znalazło się w końcu miejsce dla dwóch piłkarskich bogów.
Do niedawna wydawało się, że tytuł "boski" zarezerwowany jest po wieczne czasy dla Maradony. Bez względu na to, jak bardzo ten jeszcze się wygłupi. A lista jego wybryków jest długa: nieślubne dziecko, narkotyki, doping, bezkrytyczne zauroczenie dyktatorami. U Fidela Castro leczył się z uzależnienia, na nodze ma tatuaż z kubańskim przywódcą, a na przedramieniu - Che Guevarę. Gdy w 2001 r., po atakach na World Trade Center, Komisja Praw Człowieka ONZ potępiła Castro, Maradona nazwał jej członków "zasrańcami". A przemówienia Fidela zrecenzował jako "lepsze niż Biblia". Zupełnie niewinnie wygląda przy tym wszystkim strzelanie z wiatrówki do dziennikarzy czy bramka strzelona ręką na mundialu - słynna "ręka Boga", w ćwierćfinale z Anglią.
Rodacy kochają go jednak bezkrytycznie. W Argentynie Diego jest i będzie bogiem. Eksperci piłkarscy wytykają mu co prawda, że zawalił poprzedni mundial (w RPA to on był selekcjonerem i Argentyna odpadła w ćwierćfinale), ale kibice pamiętają przede wszystkim, jak w 1986 r. niemal w pojedynkę wygrał dla swojego kraju mistrzostwa w Meksyku.
Messi o podobnym statusie w ojczystym kraju mógł do tej pory tylko pomarzyć, choć to sam Maradona namaścił go na swojego następcę. - Widziałem zawodnika, który odziedziczy moje miejsce w argentyńskim futbolu. Ten piłkarz to Lionel Messi - powiedział "Boski Diego". Nie przesadzał. Podobieństwa między nimi nie kończą się na tym, że nie imponują wzrostem (Messi ma 169, a Maradona 165 cm) i obaj kopią piłkę lewą nogą.
Leo, tak jak Diego, imponuje szybkością i fenomenalną techniką. Kilka lat temu udało mu się nawet skopiować dwie najsłynniejsze bramki starszego kolegi, te ze wspomnianego już meczu z Anglią (2:1). Najpierw strzelił gola ręką w ligowym meczu z Espanyolem. Później, w Pucharze Króla z Getafe, trafił do siatki po rajdzie przez pół boiska i minięciu czterech rywali.
Problem w tym, że Messi czarował do tej pory tylko w klubie, zdobywając z Barceloną wszystkie możliwe trofea. W reprezentacji zawodził - zaczynając od debiutu, w którym po 40 sekundach zobaczył czerwoną kartkę. Dość powiedzieć, że na dwóch kolejnych mundialach (2006 i 2010 r.) trafił do siatki tylko raz, a po klęsce w RPA to właśnie do niego rodacy mieli najwięcej pretensji.
W Brazylii na razie rządzi i dzieli. Mecze grupowe wygrywa niemal w pojedynkę (strzelił w nich cztery gole), a trener Alejandro Sabella układa taktykę wręcz pod jego dyktando. Jeśli powtórzy wyczyn Maradony i poprowadzi Argentynę do mistrzostwa świata, to kto wie, może docenią go w końcu również rodacy.
Hubert Zdankiewicz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu