2+2 = koreańskie 3
Z ogromnym uznaniem obserwuję postępy Koreańczyków w dziedzinie elektroniki. Jeszcze dekadę temu nie byli w stanie wymyślić samodzielnie niczego poza nowym sposobem pieczenia psa, a dzisiaj w naszych domach stoją ich telebimy, pralki z napędem atomowym i lodówki zdolne mrozić ciekły azot. W kieszeniach nosimy wyprodukowane przez nich urządzenia, które na pięciu centymetrach kwadratowych mieszczą telefon, kamerę, aparat, telewizor, komputer, album ze zdjęciami i mnóstwo innych rzeczy. Gdyby nie Koreańczycy, wszystkie te rzeczy nadal zajmowałyby połowę naszych mieszkań, a tak możemy z łatwością zabrać je z sobą wszędzie - na plażę, do sklepu, kościoła, kina, teatru, a nawet do grobu. Dużo łatwiej będzie mi odchodzić z tego świata ze świadomością, że dzięki Samsungowi zostanę zamknięty w drewnianej skrzyni ze wszystkimi wspomnieniami, kontaktami do najbliższych oraz że - gdy już zatrzaśnie się wieko - spod niego nadal słychać będzie nuty "Who Wants to Live Forever" Queen.
Skoro jesteśmy przy temacie śmierci i Korei, to jeszcze kilka lat temu byłem pewien, że zginę w jakiejś kii albo hyundaiu. Ich samochody były wykonane z bibuły i po przekroczeniu 100 km/h ulegały samospaleniu. Teraz obie marki produkują pojazdy mogące z powodzeniem konkurować z produktami japońskimi czy niektórymi europejskimi. Przy czym są od nich tańsze. I wyróżniają się na ich tle wyglądem, niebanalnymi rozwiązaniami, a nawet nazwami. Mam tu na myśli np. Hyundaia Velostera. Brzmi to jak imię syna szatana albo przynajmniej nowy pojazd Batmana. Tymczasem mamy do czynienia z wozem typu coupé. Ale niezwykłym, bo nie ma jednej pary drzwi. Nie ma też dwóch. Ma półtorej pary drzwi - czyli trzy. Z lewej strony tylko jedne - dla kierowcy, a z prawej - dwoje: przednie i tylne. Hyundai twierdzi, że pogodził w ten sposób ogień z wodą i rozwiązał problem praktyczności coupé.
Jeżeli chodzi o wygląd velostera, to nie użyłbym wobec niego przymiotnika "ładny". Ale dla mnie nieatrakcyjna jest Natalia Siwiec, więc możliwe, że nie mam racji. Za to na pewno egzemplarz, którym jeździłem, przyciągał uwagę. I nie tylko przez układ drzwi. Miał też szary, matowy lakier, który spotyka się głównie na supersportowych samochodach, i dwie centralnie umieszczone rury wydechowe o takiej średnicy, że przynajmniej pięć razy byłem świadkiem ostrego hamowania innych aut przed tylnym zderzakiem velostera. Ich kierowcy do ostatniej chwili mieli wrażenie, że wjeżdżają do tunelu.
Miałem okazję prowadzić samochody, których ceny ocierały się o milion złotych, a mimo to nikt nie zwracał na nie uwagi. A tylko jednego dnia o velostera zapytały mnie cztery osoby, w tym pracownik hurtowni, który aby go obejrzeć, olał pięciu klientów i uciął sobie ze mną pogawędkę. A na koniec stwierdził, że veloster "musi kosztować jakieś 150 tys. zł". Odparłem, że raczej 80 tys. zł, choć nie miałem pewności - do cennika zawsze zaglądam dopiero po tym, jak już pojeżdżę samochodem. To pozwala mi lepiej ocenić, czy auto warte jest tyle, na ile wycenia je producent. Ale w przypadku Hyundaia prawie się nie pomyliłem - w oficjalnym cenniku widnieje 85 tys. zł. Tyle kosztuje jednak wersja ze 140-konnym benzyniakiem o wigorze zdechłego psa i ze skromnym wyposażeniem. Zatem w tym wypadku za ponad 85 tys. zł kupujecie ból głowy. Wydajecie te pieniądze tylko po to, aby ludzie mogli się za wami oglądać, a następnie z was śmiać. Zapewne wolelibyście dorzucić trochę grosza i wejść w posiadanie wersji turbo. Ma ona 186 koni, przyspiesza do setki w ok. 8 sekund, przyzwoicie się prowadzi, jest cicha przy autostradowych prędkościach, a w mieście pali 8-9 litrów bezołowiówki. Niestety, to "trochę grosza" oznacza dokładnie 23 tys., co daje końcową sumę 108 tys. zł. Być może człowiek z hurtowni zapłaciłby tyle za velostera, ale on nim nie jeździł. Ja tak, dlatego wiem, że nie jest ich wart. A to dlatego, że porównywalna 180-konna astra GTC kosztuje dobre 20 tys. zł mniej. Tańszy jest nawet volkswagen scirocco z podobnym pod względem osiągów silnikiem. A na 250-konnego forda focusa ST wydać trzeba ledwie 5 proc. więcej. Jest on duuuużo szybszy od velostera, lepiej wykonany, znacznie fajniej się prowadzi, nie wspominając o frajdzie, jaką daje w porównaniu z koreańczykiem. Ponadto niemca możecie zamówić w wersji dwu- albo czterodrzwiowej.
Nie chcę być źle zrozumiany. Veloster turbo jest niezłym autem - przyzwoicie jeździ, na swój sposób jest atrakcyjny i bez dwóch zdań przyciąga uwagę na ulicy. Ale to za mało, aby ktokolwiek o zdrowych zmysłach zechciał wydać na niego prawie 110 tys. zł. Być może na jego przykładzie Koreańczycy chcieli sprawdzić, czy jesteśmy gotowi na to, aby płacić za ich samochody znacznie więcej niż dotychczas. Jeżeli tak, to posłuchajcie mnie: nie, nie jesteśmy. Rachunek musi się zgadzać. Zarówno ten z liczbą drzwi, jak i z zerami w cenniku.
@RY1@i02/2014/076/i02.2014.076.00000190a.803.jpg@RY2@
Hyundai Veloster Turbo
@RY1@i02/2014/076/i02.2014.076.00000190a.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji
Łukasz Bąk
szef sekretariatu redakcji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu