Dziennik Gazeta Prawana logo

Igrzyska z widokiem na morze i palmy

2 lipca 2018

Media

Samolot podchodzi do lądowania od strony Morza Czarnego. Jest wieczór, pasażerowie siedzący z prawej strony z zaciekawieniem przyciskają nosy do okienek. Oczy robią im się coraz większe i większe. Wrażenia, z tego, co widzą, zlewają się w głośne: Woooooow!

Na wybrzeżu łuna od kolorowych świateł. Sześć hal sportowych, wybudowanych w jednym miejscu, tuż nad morzem, specjalnie na igrzyska, świeci jak gigantyczne neony. Różowe, seledynowe i jeden Putin raczy wiedzieć, jakie jeszcze. Dzieciom skojarzyłoby się to ze światem kucyków Pony, dorosłym - z Las Vegas. Wszystko zaprojektowane z rozmachem godnym katarskich szejków, choć nocą prezentuje się kiczowato. Świeci też cała dzielnica Adler, z nowym lotniskiem, fikuśnymi hotelami, szerokimi ulicami. To tu jest serce igrzysk. Reszta Soczi, miasta rozciągającego się na 147 kilometrach, tonie w mroku.

Wlatujemy do olimpijskiego Disneylandu. Już z daleka widać te wydane miliardy dolarów, które wypomina cały świat. Dokładnie 51 miliardów. Ale car, pardon, prezydent Rosji nie wygląda na przejętego krytyką. Na okładce "Kommiersanta" głaszcze małą panterę. To jedna z maskotek igrzysk. W innych gazetach - to samo zdjęcie.

Dla nas igrzyska zaczynają się już na lotnisku w Moskwie. - Soczi? Soczi? - dopytują się ubrane w kolorowe dresy dziewczyny. Jeśli Soczi, to jesteś na liście. Nazwisko, numery lotów. Traktują cię jak VIP-a.

- Proszę za mną - instruuje jedna z dziewczyn. W górze trzyma kartkę z napisem: "Sochi.ru 2014". Idziemy za znakiem, jak wycieczka Japończyków po krakowskim rynku.Wolontariuszka ćwiczy na nas angielski.

- Jaka pogoda w Pradze?

- Akurat jesteśmy z Krakowa. Były minus dwa stopnie, gdy wylatywaliśmy.

- Byłam w Pradze w zeszłym roku. Ładne miasto, ładna pogoda. Słońce.

- Praga jest ładna, ale jesteśmy z Krakowa.

- O zobaczcie - dziewczyna wyciąga smartfona. - To ja w Pradze w zeszłym roku.

No cóż, Praga, Kraków, w sumie niedaleko. A z rosyjskiej perspektywy może to to samo.

Samolot do Soczi. Rosyjskie linie, gospodarze tu też chcą błysnąć. W pokładowym menu kawior. Nie z bieługi, tylko z łososia, ale mniejsza o szczegóły. Do tego parę olimpijskich gadżetów w prezencie. Po dwóch godzinach lotu jesteśmy na miejscu. Ciepło. 10 stopni Celsjusza, ludzie chodzą w swetrach. Na górze, na Krasnej Polanie, gdzie będzie biegać Justyna Kowalczyk, a Kamil Stoch skakać, temperatura niewiele niższa.

Adler-Soczi sprawia wrażenie miasteczka wybudowanego pośrodku niczego. I dla nikogo. Pusto. Wszędzie pusto. - Zakryte - mówi Aleksander, wolontariusz. Zakryte, czyli miasto zamknięte. Względy bezpieczeństwa, wiadomo. Olimpijski stan wyjątkowy. Na autostradzie tylko pojazdy z logo igrzysk, radiowozy i wojskowe ciężarówki. Dużo funkcjonariuszy, leniwie przechadzających się po poboczach. Porządku ma pilnować od 60 do 100 tysięcy ludzi.

Kilometrami ciągną się płoty i ogrodzenia. Zasłaniają to, co stare, brzydkie, czego nie udało się poddać bombastycznemu liftingowi. Przystanek hotel. Jego główną zaletą jest to, że wybudowano go na czas. Nie wszyscy dziennikarze mieli takie szczęście. W zasadzie to nie hotel, tylko osiedle z placami zabaw i parkingami. Pół godziny szukaliśmy recepcji. Klucz, pokój. Za oknem śpiewa grupa folklorystyczna. Igrzyska czas zacząć.

Przemysław Franczak,

Soczi

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.