Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Lubisz się umartwiać? To auto dla ciebie

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 13 minut

Może wam się wydawać, że mam fantastyczną pracę - co tydzień wsiadam do innego, nierzadko bardzo drogiego samochodu, jeżdżę nim przez kilka dni, a później siadam przed komputerem, ubliżam grubasom, ekologom i Nataszy Urbańskiej, a na sam koniec raczę was kilkoma zdaniami na temat auta, na które albo was nie stać, albo którego nie pozwoli wam kupić żona. Ale zapewniam was, że w rzeczywistości ta robota wcale nie jest tak beztroska, jak się wam wydaje. Chcąc rzetelnie opisać samochód, muszę sporo ryzykować. Na przykład mocnymi, sportowymi modelami jeżdżę z prędkościami znacznie wykraczającymi poza ustawowe ograniczenia, przez co raz na jakiś czas otrzymuję pocztą kosztowne zdjęcia. A pracodawca mi ich nie refunduje. Nie mogę jednak zwolnić, bo przecież muszę opowiedzieć wam, jak zachowują się szybkie auta w takich warunkach - czy są ciche, bezpieczne i pewne w prowadzeniu, czy może przeciwnie - odpadają od nich koła, a silnik wydaje odgłosy psa przeciąganego przez maglownicę. Nie bądźmy obłudni - wszyscy wiemy, że jeżeli kupicie mocniejszą wersję BMW, Porsche 911 czy nawet Golfa GTI, to nie będziecie podróżowali nimi po autostradzie maksymalnie 140 km/h. Będzie to raczej minimum. A ja jestem od tego, aby przynajmniej postarać się doradzić wam, który samochód osiągnie je w najkrótszym czasie i was przy tym nie zabije.

Podobnie jest z zachowaniem na zakrętach. Mam swoje ulubione, puste, wolne od pijanych rowerzystów i stuletnich dębów rosnących przy samej krawędzi drogi miejsca, w których sprawdzam, czy samochód szybko pokonujący łuk pewnie trzyma się drogi, czy może unosi się nad nią, nie dając żadnej możliwości kontrolowania tego, co dzieje się z kołami. Przyznacie, że to również jest ryzykowne, ale robię to, bo wiem, że na drodze mogą was spotkać różne nieprzewidziane sytuacje i być może chcecie wiedzieć, jak zachowa się dany model, gdy nagle z podporządkowanej wyskoczy kombajn - sprawnie go wyminiecie, czy wbijecie się prosto w jego potężny zad.

Musicie wiedzieć, że jestem gotów nie tylko do podejmowania ryzyka, lecz także do cierpienia i wystawiania na szwank mojej godności. Niedawno przejechałem prawie 600-konnym mercedesem E63 AMG całe 30 km autostradą ze średnią prędkością 90 km/h. Nigdy bardziej się nie zmęczyłem za kierownicą, a wszyscy mijający mnie kierowcy patrzyli na mnie jak na idiotę. Dlaczego to zrobiłem? Bo wiem, że niektórzy z was mają jakieś 90 lat i zanim zjedzą was robaki, chcielibyście jeszcze wycisnąć nieco z życia, podrywając przy tym parę licealistek. Zatem idealnym autem dla was jest jakiś szpanerski mercedes. Tyle że wasz kardiolog, okulista, neurolog, urolog oraz rada parafialna zgodnie nie pozwolą wam jeździć nim szybciej niż 90 km/h. No więc czułem się w obowiązku poinformować was, jaką ilością paliwa jest w stanie zadowolić się ten samochód podczas takiej jazdy.

Pal licho cierpienie przez 30 km. Znacznie gorzej jest, gdy muszę cierpieć przez kilka dni z rzędu. A zdarza się to, gdy testuję naprawdę beznadziejne auto. Co gorsza, zawsze jest to połączone z ogromnym ryzykiem, jednak zupełnie innym od tych, jakie opisałem powyżej. Tym razem chodzi o ryzyko utraty dość bliskich i sympatycznych relacji z ludźmi, którzy powierzyli mi to beznadziejne auto do testów. Jestem właśnie po kilkudniowym teście mitsubishi ASX i - decydując się na jego szczere opisanie w tym miejscu - ryzykuję, że Kinga z PR Mitsubishi Polska, którą szalenie lubię i szanuję, już nigdy więcej nie odbierze ode mnie telefonu. Bo ASX jest nieopisywalnie wręcz złym autem. Jestem w stanie zrozumieć, że ma wnętrze plastikowe jak opakowanie jednorazowych maszynek do golenia, że wiele zastosowanych w nim elementów i rozwiązań jest tak starych, że pachną naftaliną, oraz że dźwięk jego kierunkowskazu przypomina najbardziej wkurzającą ze wszystkich pikających zabawek mojego półrocznego syna. W głowie mi się jednak nie mieści, że w dzisiejszych czasach można całkowicie pominąć kwestię wygłuszenia wnętrza. Diesel ASX-a hałasuje tak, jakby spoczywał nie pod maską, ale na fotelu pasażera. Przy 130 km/h i na 6. biegu krwawiły mi już uszy, a 10 km/h dalej przestałem słyszeć własne myśli. I mam w nosie to, że przynajmniej jest dynamiczny i stosunkowo oszczędny. Pomyślcie tylko - gdyby wasza żona przez całe dnie zasuwała ze szmatką, świetnie gotowała i oszczędzała każdy grosz, ale przy tym była cholernie wrzaskliwa, to prędzej czy później i tak strzelilibyście sobie w łeb, nie mogąc znieść jej zrzędzenia.

Owszem, mały SUV Mitsubishi ma świetny napęd na cztery koła (z możliwością zablokowania go na stałe), dzięki czemu bardzo pewnie i bezpiecznie się prowadzi. Umówmy się jednak - docenicie to tylko przez kilka dni w roku, gdy zima zaskoczy drogowców. Głupotą zatem byłoby, gdybyście kupili ASX-a po to, aby cieszyć się z niego przez 5 dni w roku, a przez pozostałe 360 - cierpieć. Owszem jest lepszy niż Peugeot 2008, ale to tak jakby powiedzieć, że rak płuc jest lepszy od raka wątroby. Czy może być gorzej? No więc może - najtańszy ASX z dieslem kosztuje absurdalne 90 tys. zł i to po 12-tys. rabacie za model z 2013 r. Wierzcie mi - te pieniądze można spożytkować dużo, dużo lepiej. Wyobraźcie sobie, że dokładacie raptem 8 tys. zł i macie lepszego, większego i nowocześniejszego outlandera. Co prawda z dość ospałym i mało ekonomicznym silnikiem benzynowym, ale z równie dobrym napędem na cztery koła i z automatyczną skrzynią biegów. Jego zakup pozbawiony jest ryzyka i niepotrzebnego cierpienia.

@RY1@i02/2014/021/i02.2014.021.000001400.803.jpg@RY2@

Mitsubishi ASX 1.8 diesel

@RY1@i02/2014/021/i02.2014.021.000001400.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Łukasz Bąk

zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.