Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Droga do odrodzenia

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

W Warszawie startuje piąta edycja festiwalu Bulbamovie, przeglądu niezależnego od reżimu Łukaszenki kina z Białorusi

Kilkanaście dni temu oczy całego świata kultury zwróciły się w stronę Białorusi. Wszystko za sprawą literackiej Nagrody Nobla przyznanej reporterce Swietłanie Aleksijewicz. Pisarka specjalizująca się w opisywaniu patologii toczących świat poradziecki nie ukrywa krytycznego nastawienia wobec reżimu Aleksandra Łukaszenki. Za swoją postawę została objęta w ojczyźnie zakazem druku. Autorka "Czasów secondhand" pozostaje zdecydowanie najbardziej rozpoznawalną przedstawicielką białoruskiej kultury, ale jej sukces skłania do tego, by przyjrzeć się także innym artystom z tego kraju. Rozpoczynający się w warszawskim kinie Muranów V Festiwal Bulbamovie stanowi doskonałą okazję do promocji kina powstającego w kraju naszych wschodnich sąsiadów.

W białoruskim świecie filmowym trudno o postać, której renoma mogłaby dorównać sławie Aleksijewicz. Najbardziej znanym reżyserem posiadającym związki z krajem rządzonym przez Łukaszenkę jest bez wątpienia Siergiej Łoźnica. Urodzony w Baranowiczach twórca w swoich filmach opisuje jednak przede wszystkim sytuację w Rosji i na Ukrainie. Najbardziej wyrazisty ślad białoruski w jego dorobku stanowi - nagrodzona w Cannes - fabuła "We mgle" będąca ekranizacją powieści pochodzącego z tego kraju pisarza Wasilija Bykowa. Niestety, na Białorusi trudno o warunki pozwalające na rozwój talentów pokroju Łoźnicy. Dotowane przez państwo filmy w rodzaju głośnej "Anastazji Słuckiej" pełnią głównie funkcję propagandową i odznaczają się rażąco niskim poziomem realizacji. W ostatnich latach do głosu dochodzi na szczęście białoruski off. Filmy w rodzaju "Przypadków pacana" czy "Na grzbiecie czarnego kota" stanowią rodzaj anarchistycznych manifestów piętnujących absurdy życia w "ostatniej dyktaturze Europy". Twórcy z Białorusi coraz częściej wracają także do chwalebnej tradycji powstających w tym kraju filmów animowanych. Kino pozostające początkowo w służbie sowieckiego reżimu wybiło się na niepodległość i osiągnęło apogeum artystycznych możliwości w latach 80. Zamiast doraźną publicystyką, zaczęło interesować się kwestiami egzystencjalnymi, które potrafiło opisać z pozbawionym patosu liryzmem.

Całkiem możliwe, że droga do odrodzenia białoruskiego filmu wiedzie właśnie poprzez świat animacji. Póki co młodzi twórcy z tego kraju działają jednak w rozproszeniu, w ich dziełach trudno dopatrzyć się wspólnych zainteresowań tematycznych i stylistycznych. Dlatego odpowiedzialność za kondycję całego kina spoczywa na barkach kilku wybitnych indywidualności. Większość z nich realizuje się na polu filmu dokumentalnego. Za nestora i wychowawcę wielu pokoleń białoruskich twórców uchodzi Wiktor Daszuk. Jeszcze w czasach radzieckich reżyser zasłynął współpracą ze wspomnianą Aleksijewicz i cyklem filmów inspirowanych jej słynną książką "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety". Po upadku ZSRR Daszuk dał się poznać przede wszystkim jako surowy krytyk reżimu Łukaszenki. Największą precyzją w punktowaniu absurdów systemu popisał się w utrzymanym w konwencji groteski "Królestwie zdechłych myszy". Równie dużo czarnego humoru wymierzonego w postać białoruskiego dyktatora zawierają filmy Jurija Chaszczewadzkiego. Szczególną uwagę zwraca wśród nich "Zwyczajny prezydent" pomyślany jako pastisz - kultowego w czasach radzieckich - "Zwyczajnego faszyzmu" Michaiła Romma.

Pozostali mistrzowie białoruskiego dokumentu unikają otwarcie politycznych deklaracji. Domeną Wiktora Aśliuka pozostają - mieszające gorycz i czułość - portrety prowincji. Charakteryzujący jego twórczość minimalistyczny styl wzbudza skojarzenia z filmami wspomnianego już Łoźnicy. Podobieństwa te widać szczególnie w wielokrotnie nagradzanym "Kole" - wnikliwym obrazie monotonnego życia w małej białoruskiej wiosce. Nieefektowna codzienność stanowi także główny obszar zainteresowań Galiny Adamowicz. Znakomitą dokumentalistkę interesuje ponadto ocalanie od zapomnienia zwyczajów i tradycji, które kształtują białoruską tożsamość etniczną.

Gdyby pokusić się o wskazanie najważniejszego przedstawiciela współczesnego białoruskiego kina, należałoby postawić na Andrieja Kudzinienkę. Niestroniący od kontrowersji reżyser zasłynął przed dekadą za sprawą "Misterium: okupacji". Film stanowiący naturalistyczną wizję II wojny światowej brutalnie rozprawił się z mitem nieskazitelnego bohaterstwa radzieckich partyzantów. Po wielkim sukcesie dzieła nagrodzonego w Rotterdamie Kudzinienka zmienił priorytety i wyjechał do Rosji, gdzie udzielał się przy produkcjach bardziej komercyjnych. Ostatnimi czasy reżyser powrócił jednak do korzeni i znów zaangażował się w realizację białoruskiego offu. Dotychczasowy dorobek Kudzinienki zamyka "Hard Reboot", psychodeliczny film zrealizowany we współpracy ze znaną grupą rockową. Trudno się oprzeć wrażeniu, że w ten sposób powstała białoruska odpowiedź na "Polskie gówno" Grzegorza Jankowskiego.

Niezależnie od oceny dorobku Kudzienienki białoruskiemu kinu należałoby życzyć jak największej liczby podobnych indywidualności. Wypada mieć nadzieję, że wiele z nich zostanie odkrytych dzięki kolejnym edycjom Bulbamovie.

@RY1@i02/2015/207/i02.2015.207.19600030d.803.jpg@RY2@

MAT. PRASOWE

Kadr z filmu "Kapuściany statek kosmiczny"

@RY1@i02/2015/207/i02.2015.207.19600030d.804.jpg@RY2@

Piotr Czerkawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.