Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

W wolnej chwili

Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Zdaje się, że długo oczekiwany debiut brytyjskiej wokalistki Jess Glynne jest popową płytą na miarę obecnych czasów. "I Cry When I Laugh" to zestaw singlowych przebojów, z których każdy doskonale poradziłby sobie na listach przebojów. Zresztą poradziły sobie już na nich kawałki "Hold My Hand" i "Right Here". Takiej płyty dobrze słucha się w serwisach streamingowych, bo nie tworzy żadnej zamkniętej całości, można przeskakiwać numery, omijać i nie zaburzymy odbioru płyty, bo nie jest ona zamkniętą opowieścią. Jest jak pudełko czekoladek, każda jest dobra, ale kolejność przypadkowa i w zasadzie ilość też. Jak przystało na płytę popową, nie mogło zabraknąć kolaboracji. Są więc zarówno starzy dobrzy znajomi Glynne, elektroniczny kolektyw Clean Bandit, jak i uznana brytyjska gwiazda Emeli Sandé. Pełne odwołań do parkietowego grania poprzedniej dekady oraz soulowych wycieczek piosenki wyprodukowała spora grupa specjalistów od współczesnego popu, chociażby Starsmith odpowiedzialny za piosenki Elli Eyre czy Ellie Goulding. Mam jednak wrażenie, że potencjału Jess ten dancepopowy album nie wyczerpuje nawet w połowie.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2015/182/i02.2015.182.19600080b.806.jpg@RY2@

Tak świeżo i intrygująco klasycy brytyjskiego heavy metalu nie brzmieli już od dawna. Podwójny album, na który składa się 11 trwających ponad półtorej godziny utworów, może początkowo przytłoczyć swoim bogactwem. Wystarczy jednak kilka przesłuchań, by całkowicie dać się uwieść. Na płycie znajdziemy zarówno krótkie i chwytliwe metalowe petardy ("Speed of Light", "Death or Glory"), jak i kompozycje bardziej złożone, wielowątkowe, imponujące mnogością brzmień i pomysłów ("The Red and the Black", "The Book of Souls"). Wisienką na torcie okazuje się finałowy "Empire of the Clouds". Utwór trwający przeszło 18 minut zawiera niesłyszane wcześniej u Iron Maiden partie fortepianowo-smyczkowe. Wielością zawartych w tym kolosie melodii i wyrafinowanych harmonii można by obdzielić niejedną płytę. Cieszy forma zespołu, który po 35 latach od debiutu jest w stanie wykrzesać z siebie takie dzieło, cieszy też doskonała dyspozycja wokalna Brucea Dickinsona, który tuż po nagraniu swoich partii musiał się zmierzyć z chorobą nowotworową. Na szczęście wyszedł z tej batalii zwycięsko.

Malwina Wapińska

@RY1@i02/2015/182/i02.2015.182.19600080b.807.jpg@RY2@

"Najważniejsza jest koncentracja" - mówi grany przez Willa Smitha Nicky, zawodowy oszust, niezrównany w swoim fachu. Nicky każdego potrafi wyprowadzić w pole, manipulując ludźmi jak pionkami w grze. Gdy patrzymy mu w oczy, on w ułamku sekundy ściąga nam zegarki z przegubów i wyjmuje portfele z kieszeni. Pełen uroku złodziejaszek z miejsca wzbudza zaufanie i sympatię, przede wszystkim jednak - podziw. Kiedy bohater postanawia nauczyć swoich sztuczek młodą, acz pojętną Jess (znana z "Wilka z Wall Street" Margot Robbie) zabawa zaczyna się na dobre. Śledzimy barwne widowisko, w którym Nicky i jego kompania z wdziękiem mamią naiwniaków, powiększając swoje kolekcje o coraz wartościowsze fanty. Lubimy sztuczki na ekranie, o czym świadczą sukcesy takich filmów jak "Iluzja" (2013) Louisa Letteriera. "Focus" dostarcza niezgorszej rozrywki, a my, widzowie, nieustająco czujemy się wyprowadzeni w pole. Will Smith w doskonałej formie, Robbie - zjawiskowa.

Malwina Wapińska

@RY1@i02/2015/182/i02.2015.182.19600080b.808.jpg@RY2@

Hiszpański reżyser Jaume Collet-Serra po raz trzeci spotkał się na planie z Liamem Neesonem i znów efekt jest udany. "Nocny pościg" to kino akcji solidnie zrealizowane i uczciwe, nie udaje bowiem, że jest czymś więcej niż czystą rozrywką. Owszem, Collet-Serra ma ambicje, więc jego thriller jest jednocześnie przypowieścią o lojalności wobec rodziny i wobec własnych zasad, ale przecież chodzi tu przede wszystkim o napięcie i adrenalinę. Neeson gra Jimmyego Conlona, mafijnego cyngla na emeryturze, który w obronie rodziny zabija syna swojego najlepszego przyjaciela i dawnego bossa Shawna Maguirea (Ed Harris). Układ jest prosty: krew za krew, więc także syn Conlona musi zginąć. Ale jego ojciec nie zamierza do tego dopuścić. "Nocny pościg" ma świetne tempo, specyficzny sznyt sensacyjnego kina z lat 70. (choć pod tym względem nie dorównuje niedawnemu "Krocząc wśród cieni", też z Neesonem w roli głównej), ale jego największą zaletą jest ekranowy pojedynek grających główne role aktorów.

Jakub Demiańczuk

@RY1@i02/2015/182/i02.2015.182.19600080b.809.jpg@RY2@

SpongeBob Kanciastoporty wraca do formy. Fani serialu - łatwo bowiem założyć, że to głównie oni sięgną po DVD z filmem - którzy narzekali na pogarszającą się jakość kolejnych odcinków, powinni być usatysfakcjonowani. Współscenarzystą filmu jest bowiem Stephen Hillenburg, który przed laty odpowiadał za największe sukcesy serialu. SpongeBob musi połączyć siły ze swoim najgorszym wrogiem Planktonem, by odzyskać tajny przepis na kraboburgery. To jest oczywiście pretekstem do gonitwy gagów i surrealistycznych wygłupów. Dzieci będą zachwycone feerią barw i slapstickowymi przygodami bohaterów, rodzice odnajdą zaś w scenariuszu liczne nawiązania do humorystycznej klasyki: od Douglasa Adamsa po "South Park". Mniej odpornych widzów szalone tempo może nieco przytłoczyć - przygody SpongeBoba sprawdzają się jednak lepiej w krótkich, kilkunastominutowych epizodach - ale film i tak jest niezłą odskocznią od dominujących w kinach i na DVD produkcji Pixara.

Jakub Demiańczuk

@RY1@i02/2015/182/i02.2015.182.19600080b.810.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.