Bez, czyli walka z przemijaniem
Dobrze, że nadeszło lato, bo to znaczy, że na dobre skończyła się wiosna — a wiosna jest dla mnie najtrudniejszą emocjonalnie porą roku. Głównie ze względu na bez, który wówczas się pojawia. Występuje w postaci ciężkich kiści, pachnie upojnie, fajnie się go dotyka i w ogóle sprawia wrażenie absolutnej obfitości, zupełnie jakby projektant bzu nie przejmował się klimatem, za nic miał ograniczenia materiałowe i chciał sprawić na gościach wrażenie złotego przepychu. W bzie chce się gmerać, wąchać go, miziać; na punkcie bzu się bzikuje, bzem chciałoby się ubzdryngolić. Ale jego podaż jest okrutnie ograniczona w czasie. Kwitnie może tydzień, czasem jeszcze krócej. Pyk! — i nie ma, wystarczy jakaś burza czy wiatr. Nigdy się nie zdąży go wytargać i wymiziać, nigdy się nie uda nim nawąchać, zawsze zostaje człowiek z pustką w sercu, nieodmiennie tragicznie niedobziony.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.