Fascynująca, bolesna historia
Przeżywające świetny czas niemieckie kino historyczne imponuje odwagą w podejmowaniu niewygodnych tematów dotyczących przeszłości narodu
W wielokrotnie nagradzanym "Oh, boy" Jana Olego Gerstera jest scena, w której główny bohater spotyka swego kumpla, niespełnionego aktora. Mężczyzna statystuje akurat w sztampowej superprodukcji o II wojnie światowej. W przerwie między zdjęciami, wciąż odziany w esesmański mundur, popala papierosy, obgaduje znajomych i opowiada głupkowate dowcipy. Wystarczy jednak reżyserska komenda "akcja", by aktor znów zrobił groźną minę i wrócił do udawania demonicznego nazisty. Pozornie błahy gag w rzeczywistości wyraża gorący protest przeciwko kliszom i schematom, które przez lata odcisnęły piętno na niemieckim kinie historycznym. Gest Gerstera trafił na podatny grunt. Ostatnimi czasy twórcy zza naszej zachodniej granicy coraz częściej opowiadają o mało chwalebnej przeszłości swego kraju w sposób pozbawiony niezamierzenie śmiesznego patosu. W ich wizjach poczucie winy i wstydu za zachowania przodków coraz częściej spełnia się w bardziej zniuansowanych, pogłębionych narracjach. Przykład takiego podejścia przynosi choćby wchodzący właśnie na nasze ekrany "Feniks" Christiana Petzolda.
Nowy film utytułowanego niemieckiego reżysera obficie czerpie z wzorców klasycznego kina noir. W "Feniksie" poznajemy historię żydowskiej śpiewaczki Nelly, która cudem przeżyła Holokaust i tuż po zakończeniu wojny powraca do Berlina. Choć bohaterka spotyka przypadkiem swojego męża, mężczyzna nie rozpoznaje jej, a w dodatku skrywa pewną mroczną tajemnicę. Gorliwość, z jaką kobieta walczy o uwagę partnera, świadczy o desperackiej potrzebie powrotu do normalności. Niestety, Nelly musi zadowolić się tylko chwiejną iluzją dawnej stabilizacji. Przypadek bohaterki "Feniksa" przekonująco obrazuje proces, w którym traumatyczne doświadczenia kwestionują tożsamość jednostki, bezpowrotnie rujnują jej świat i nieodwracalnie zmieniają życie.
Ból i tragizm naznaczyły niemiecką historię najnowszą nie tylko w czasach hitleryzmu. Od niedawna coraz częściej wspomina się o traumie wywołanej przez powojenny podział kraju i skazanie go na schizofreniczny dualizm bogatego zachodu i zacofanego, niedemokratycznego wschodu. Ta skomplikowana tematyka, brawurowo przefiltrowana przez formułę kryminału bądź thrillera, obsesyjnie powraca choćby w książkach Magdaleny Parys. Urodzona w Gdańsku, lecz mieszkająca od dawna w Niemczech autorka zasłynęła choćby powieścią "Magik", za którą otrzymała ostatnio Europejską Nagrodę Literacką.
W kinie temat bolesnych konsekwencji podziału kraju poruszył choćby Florian Henckel von Donnersmarck w głośnym "Życiu na podsłuchu". Sukces nagrodzonego Oscarem filmu udowodnił, że o egzystowaniu w totalitaryzmie można mówić nie tylko językiem suchych faktów bądź komediowych gagów rodem z "Goodbye Lenin" albo "Słonecznej alei". Donnersmarck zrealizował trzymającą w napięciu opowieść, która oddaje grozę świata teczek, donosów i tajnych służb, ale przynosi też niespodziewaną nadzieję. W "Życiu..." na największą uwagę nie zasługuje bunt demokratycznych opozycjonistów bądź wyzwolonych obyczajowo artystów. Dla Donnersmarcka najbardziej liczy się przemiana szeregowego funkcjonariusza reżimu przeistaczającego się z bezwolnej ofiary propagandy w świadomego obywatela. Imponująca, przeprowadzona w hollywoodzkim stylu fabularna wolta przyniosła rozgłos filmowi, lecz okazała się także przekleństwem dla reżysera. Przechwycony przez Fabrykę Snów Donnersmarck nie wyrósł ponad poziom zwykłego rzemieślnika i podpisał swoim nazwiskiem fatalnie przyjętego "Turystę" z Angeliną Jolie.
Pułapki narracyjnego efekciarstwa zręcznie ominął za to wspomniany Christian Petzold w "Barbarze". Reżyser pokusił się o wnikliwe spojrzenie na rzeczywistość totalitarnego NRD. W swoim filmie zrezygnował jednak z pokazywania najbardziej spektakularnej i złowrogiej twarzy wszechwładnego państwa. Zamiast tego skupił się na portretowaniu zwyczajnej codzienności, w której obywatele próbują przechytrzyć władze, by choć odrobinę poszerzyć margines swojej wolności. Walka z systemem toczona każdego dnia przez Barbarę - zdolną lekarkę karnie przeniesioną na zapadłą prowincję - jest świadomie pozbawiona heroizmu. Zamiast wielkich idei bohaterce patronuje poczucie smaku i zwyczajna ludzka przyzwoitość.
Jeszcze inny ważny temat niemieckich rozliczeń z niedawną przeszłością stanowi doświadczenie roku 1968. Dokonane wówczas przemiany społeczne i obyczajowe były nieuniknione i w dużym stopniu zaprojektowały kształt dzisiejszej rzeczywistości RFN. Gniewni rewolucjoniści skandowali wówczas na barykadach antysystemowe hasła, sprzeciwiali się konsumpcjonizmowi i nierównościom społecznym. Przede wszystkim jednak ówczesny bunt młodych pozwolił na ostateczne zerwanie z hipokryzją, skłonił do konfrontacji z pokoleniem ojców i obarczenia go odpowiedzialnością za zło nazizmu. Prowadzące do tych rezultatów protesty ukształtowały także całe pokolenie filmowców obejmujące choćby Rainera Wernera Fassbindera, Volker SchlÖndorffa czy Margarethe von Trottę. Dziś, wiele lat od tamtych wydarzeń, w niemieckich filmach pobrzmiewają echa rozczarowania postawą dawnych buntowników. Spora liczba weteranów roku 68 zdążyła przecież zgnuśnieć i wpisać się w kapitalistyczny, mieszczański etos, który niegdyś zajadle krytykowała. Temat upadku rewolucyjnych wartości przewinął się dyskretnie na drugim planie wspomnianego "Oh, boya" czy "Domu na weekend" Hansa-Christiana Schmida.
Wypaczenia ideałów lat 60. przybrały jednak również bardziej ekstremalną formę. Mowa o działalności lewackich terrorystów, głównie Frakcji Czerwonej Armii (RAF), których radykalizm połączony ze sprawną żonglerką popkulturowymi schematami uwiódł swego czasu wielu młodych Niemców. Genezę tej - trudnej dziś do zrozumienia i wstydliwej - fascynacji próbował ustalić Uli Edel w filmie "Baader-Meinhof". Reżyser wpadł na ciekawy pomysł, by zastawić na współczesnego widza tę samą pułapkę, w jaką niegdyś pozwolili złapać się sympatycy RAF-u. Pierwsza część filmu toczy się w dynamicznym tempie i roztacza przed nami uwodzicielski czar przywódców organizacji, którzy mają w sobie coś z gwiazdorów rocka. W miarę upływu czasu i radykalizowania się poczynań grupy pierwotna fascynacja ustępuje jednak miejsca obrzydzeniu. Rewers "Baader-Meinhof" stanowi powściągliwe "Jeśli nie my, to kto?". Film Andreasa Veiela opowiedział o powolnym, łatwym do przeoczenia procesie narodzin fanatyzmu na przykładzie wydarzeń z młodości jednej z liderek grupy, Gudrun Ensslin.
Przeżywające świetny czas niemieckie kino historyczne imponuje odwagą w podejmowaniu niewygodnych tematów dotyczących przeszłości narodu. Utalentowani reżyserzy potrafią przy tym uciec od banału i lakoniczności szkolnych podręczników. O najbardziej tragicznych wydarzeniach opowiadają w sposób pasjonujący, trzymający w napięciu i prowokujący do myślenia. Filmy takie jak "Barbara", "Życie na podsłuchu" czy "Baader-Meinhof" udowadniają, że lekcja historii - nawet jeśli bolesna - może być prawdziwie fascynująca.
@RY1@i02/2015/122/i02.2015.122.19600030a.802.jpg@RY2@
AURORA FILMS
Kadr z filmu Christiana Petzolda "Feniks". Od dziś w polskich kinach
Piotr Czerkawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu