Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Mówić to, co się myśli

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 13 minut

Festiwal Młodzi i Film to wciąż impreza kameralna, idealna dla twórców, którzy po raz pierwszy mają okazję zetknąć się z dużą publicznością, zintegrować się między sobą, ale i poznać smak rywalizacji - mówi reżyser Adrian Panek

W 2003 roku byłeś jednym z autorów dokumentu "Chodźcie, chodźcie, czyli film o koszalińskich spotkaniach filmowych Młodzi i Film". Kilka lat później pokazałeś na festiwalu pełnometrażowy debiut "Daas", za który otrzymałeś między innymi nagrodę dziennikarzy. Co sprawia, że tak chętnie bierzesz udział w tej imprezie?

Koszaliński festiwal podoba mi się ze względu na swoją bogatą tradycję. Jego pierwsza edycja odbyła się przecież już w latach 70., a swoje filmy pokazywali tam właściwie wszyscy moi profesorowie z katowickiej Filmówki. W latach 90. festiwal wprawdzie podupadł i zawiesił działalność, ale w kryzysie znajdowało się wówczas całe polskie kino. Na szczęście kilka lat później koszalińska impreza została reaktywowana. Z czasów studenckich zapamiętałem ją jednak jako wydarzenie bardzo skromne. W konkursie głównym pokazywano wtedy raptem z pięć filmów, a większość z nich stanowiły produkcje offowe. Dziś dzięki istnieniu PISF i łatwiejszemu dostępowi do funduszy sytuacja debiutantów wygląda w Polsce znacznie lepiej, ale na szczęście nie oznacza to, że Młodzi i Film zatracili swój charakter. To wciąż impreza kameralna, idealna dla twórców, którzy po raz pierwszy mają okazję zetknąć się z dużą publicznością, zintegrować się między sobą, ale i poznać smak rywalizacji. Atmosferę festiwalu definiuje też w jakiś sposób sam Koszalin - miasteczko senne, położone na uboczu, jakby wyjęte z powieści Tomasza Manna.

Z drugiej jednak strony dyskusje "Szczerość za szczerość" potrafią rozgrzać publiczność i twórców do czerwoności, atmosfera tych spotkań bywa napięta, a język ostry.

Dzieje się tak pewnie dlatego, że festiwal gromadzi wokół siebie wielu młodych ludzi. Początkujący twórcy, studenci czy dziennikarze nie mają jeszcze obsesji na punkcie swojego wizerunku i pozycji w branży, nie kalkulują, mogą mówić to, co naprawdę myślą. Chwilami rzeczywiście wypada to dość złośliwie, ale mnie samego takie sytuacje na szczęście ominęły albo zdążyłem już wyprzeć je z pamięci.

Wspomniane już "Daas" zostało uznane za jeden z najciekawszych polskich debiutów ostatnich lat. Wiele scen do tego filmu nakręciłeś w swoim rodzinnym Wrocławiu. W jaki sposób inspiruje cię to miasto?

Jest dla mnie miejscem zupełnie unikatowym. Gdy jako licealista jeździłem czasem do Warszawy, miałem wrażenie, że przenoszę się do innego kraju. Po latach byłem pewien, że taki film jak "Daas" może udać się tylko we Wrocławiu. Z jednej strony to przecież miasto silnie przesiąknięte kulturą niemiecką, a z drugiej obficie zaludnione przesiedleńcami z Polski Wschodniej. Takie połączenie wydaje mi się bardzo inspirujące.

Czy pamiętasz moment w swoim życiu, w którym postanowiłeś, że w przyszłości chciałbyś zostać reżyserem?

Myślałem o tym już w dzieciństwie. Ojciec mojego kolegi miał kamerę 8 mm i za jej pomocą robił filmiki z wakacji. Gdy je zobaczyłem, pomyślałem, że to nie może być aż tak trudne. W liceum byłem w klasie teatralnej, a potem pomyślałem, że potrzebuje tzw. normalnych studiów. Kiedyś był przepis, że przed szkołą filmową trzeba było skończyć inny kierunek, i choć za moich czasów ten przepis nie obowiązywał, to pomyślałem, żeby iść najpierw na architekturę.

Jako reżyser zacząłeś odważnie, bo filmem historycznym i kostiumowym. Oryginalność "Daas" była dla ciebie raczej ułatwieniem czy przeszkodą w pracy?

Początkowo nikt nie chciał dać mi na ten projekt pieniędzy, bo uważano go za niepotrzebną ekstrawagancję. Od debiutanta oczekiwano raczej, że nakręci skromny film o dwójce ludzi siedzących w jednym pokoju. Na szczęście w "Daas" uwierzył Filip Bajon, który skontaktował mnie z producentem Lambrosem Ziotasem. Dzięki nim, a także za sprawą wielu Wrocławian, którzy wspomogli prace nad filmem i niekoniecznie oczekiwali za to wymiernych korzyści, udało nam się go zrealizować. Inna sprawa, że daliśmy radę nakręcić kostiumowe "Daas" z budżetem, za który zwykle kręci się w Polsce osadzone we współczesności filmy obyczajowe.

Wspomniałeś o wsparciu udzielonym ci przez Filipa Bajona. Za co szczególnie cenisz go jako reżysera i pedagoga?

Bliskie jest mi podejście Filipa, który często mówi swoim studentom, że w robieniu filmów najważniejsze nie powinno być udowadnianie z góry założonych tez i formułowanie wypowiedzi na określony temat. Bardziej inspirująca wydaje się możliwość stworzenia nowego, osobnego świata. Poza tym Filip jako oryginalny twórca i bardzo towarzyski człowiek łączy w sobie kilka cech dobrego nauczyciela.

Taki osobny świat z pewnością udało ci się wykreować w "Daas". Z drugiej strony często mówi się, że film historyczny w rzeczywistości opowiada o czasach współczesnych twórcom. W jakim stopniu twój film dotyczy otaczającej nas rzeczywistości?

Moją ambicją było opisanie procesu, który zaczął się pod koniec XVIII wieku, a mianowicie pewnego odczarowania świata, odejścia od myślenia magicznego na rzecz podporządkowania się prawidłom nauki i technologii. Przemiana ta jeszcze całkowicie się nie dokonała, gdyż - choć nie wyobrażamy sobie życia bez postępu - wciąż tęsknimy za duchowością i poczuciem, że nasze życie ma jakiś głębszy sens.

W swojej wizji bynajmniej nie idealizujesz oświecenia, bo pokazujesz je także przez pryzmat dworskich intryg oraz arogancji i cynizmu charakteryzujących przedstawicieli władzy.

Poza wszystkim innym XVIII wiek to dla mnie moment narodzin współczesnego państwa, jego religii, które otacza obywateli opieką, ale jednocześnie nakłada na nich obowiązki, surowo karze sprzeciw i ogranicza swobodę. Można więc powiedzieć, że wszystko to, co w naszej rzeczywistości dobre i złe, bierze swój początek w oświeceniu.

W polskim kinie ostatnich lat próżno szukać wartościowych filmów kostiumowych. Gdzie w takim razie tkwią źródła inspiracji dla "Daas"?

Intrygowali mnie reżyserzy, którzy potrafili robić dobre filmy kostiumowe za pomocą niewielkiego budżetu. Mam tu na myśli Petera Greenawaya czy Wernera Herzoga, bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie "Zagadka Kaspara Hausera". Z filmów zrealizowanych z większym rozmachem uwielbiam dzieła Wojciecha Hasa. "Rękopis znaleziony w Saragossie" ujmuje mnie ze względu na jedyną w swoim rodzaju tajemniczość, niedookreślenie, zawieszenie między jawą a snem, magią a realizmem. W "Sanatorium pod Klepsydrą" fascynujący wydał mi się natomiast sposób portretowania żydowskiego mistycyzmu.

Od pierwszej do ostatniej sceny "Daas" wydaje się filmem przesiąkniętym tajemnicą. Dlaczego zależało ci na wywołaniu takiego wrażenia?

Każdy, kto opowiada jakąś historię, nie chce odkrywać swoich kart na początku, lecz stopniowo podsycać zainteresowanie widza. W przypadku "Daas" takie podejście wymusza zresztą osoba głównego bohatera. Z dzisiejszej perspektywy trudno powiedzieć, czy Jakub Frank to bardziej święty, szaleniec, cynik, czy rewolucjonista. Pytanie, kim tak naprawdę jest mój bohater, prędzej czy później pociąga za sobą pytanie o to, czy istnieje Bóg. A to już kwestia, której nie sposób rozstrzygnąć w kinie.

Adrian Panek W 2011 roku dostał na festiwalu Młodzi i Film nagrodę za debiutancki obraz "Daas". W tym roku miał przewodniczyć jury Konkursu Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, niestety ze względów prywatnych musiał zrezygnować z funkcji. Zastąpiła go Maria Sadowska

@RY1@i02/2015/117/i02.2015.117.19600030b.802.jpg@RY2@

MARCIN DŁWAWICHOWSKI/FORUM

Adrian Panek (z megafonem) na planie teledysku Anny Marii Jopek

Rozmawiał Piotr Czerkawski

Nie przegapcie na festiwalu

Już w poniedziałek rusza koszaliński festiwal Młodzi i Film, czyli jedna z najstarszych w Polsce i najbardziej prestiżowych imprez promujących debiutujących twórców filmowych. Tytuły w konkursie pełnometrażowym oceniać będzie jury pod przewodnictwem autora rewelacyjnie przyjętych "Bogów", Łukasza Palkowskiego.

Faworytami zmagań wydają się tytuły znane już z polskich kin - "Disco polo" Macieja Bochniaka oraz "Kebab i Horoskop". Pierwszy z nich, flirtująca z estetyką kampu opowieść o paradoksach lat 90., bardzo spodobał się rodzimej publiczności. Drugi, absurdalna komedia w stylu przypominającym dokonania Roya Anderssona, podbił festiwale w kraju i za granicą. Spore zamieszanie wywołać może także kontrowersyjne "Polskie gówno" Grzegorza Jankowskiego. Ostra, zrealizowana według pomysłu Tymona Tymańskiego, satyra na rodzimy szołbines część widzów odrzuca, a wśród innych cieszy się ona statusem kultowym. Z filmów, które w Koszalinie będą miały swoje premiery, najciekawiej zapowiada się "Noc Walpurgi" Marcina Bortkiewicza. Autor pokazywanego w Cannes "Portretu z pamięci" przywiezie na festiwal kameralny dramat obyczajowy o młodym dziennikarzu przeprowadzającym wywiad z tajemniczą i charyzmatyczną diwą operową.

Wyjątkowo ciekawie zapowiada się w tym roku także konkurs filmów krótkometrażowych. Swoje najnowsze dokonania zaprezentują w nim wciąż młodzi, lecz już wielokrotnie nagradzani twórcy, tacy jak Aleksandra Terpińska ("Ameryka") czy Jakub Czekaj ("Rwetes"). Fabularną "Córkę" pokaże znakomity dokumentalista Tomasz Wolski. W konkursie znalazł się także "Stwór" - najnowszy film duetu Aleksandra Gowin - Ireneusz Grzyb, który w zeszłym roku otrzymał Nagrodę Dziennikarzy za pełnometrażowe "Małe stłuczki".

Festiwal Młodzi i Film w Koszalinie potrwa od 22 do 27 czerwca.

Piotr Czerkawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.