Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Mercedes? Dziękuję, pojadę fordem

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Dawniej podział klasowy samochodów był jasny i czytelny - istniały marki "dla ludu" oraz marki premium dla tych, którzy mieli grubsze portfele i mniejsze paróweczki. Rzecz jasna, grono tych drugich było bardzo skromne. Liczyły się w zasadzie tylko Mercedes, BMW oraz trochę Audi i Jaguar. Ciut później dołączył do nich jeszcze Lexus. I to by było w zasadzie na tyle. Taka segregacja sprawdzała się przez dziesięciolecia, aż nagle ktoś doszedł do wniosku, że to motoryzacyjny rasizm i ostracyzm, z którym należy się rozprawić. W ubiegłym tygodniu ze zdumieniem przeczytałem, że Citroën właśnie wyodrębnił ze swojej gamy modele DS i od kilku dni nie są one już Citroënami. Są DS-ami. I ponoć zaliczają się do klasy premium. Jeżeli dobrze zrozumiałem, to mamy teraz na rynku nowy model: DS DS4, który jest niczym innym jak citroënem C4, w którym nie ma normalnych klamek w tylnych drzwiach oraz w którym nie da się opuścić tylnych szyb. To trochę tak, jakby producent konserwy turystycznej urwał z puszki zawleczkę do jej otwierania, nakleił nową, kolorową etykietę z napisem "Wieprzowina luksusowa" i podniósł cenę o 40 proc. Nie sądzę, aby dzięki temu na sklepowych półkach ustawiano ją pomiędzy kawiorem z jesiotra, truflami a serem cheddar.

Nie sądzę również, aby sukces odniósł zupełnie nowy pomysł Forda - model Vignale. Dlaczego? Bo to zwykłe Mondeo, któremu dorzucono między innymi "skórzaną tapicerkę z pikowanym wzorem wycinanym laserowo". Na miłość boską! To w zwykłym Mondeo tapicerkę nadal wycinają nożyczkami szwaczki jak w czasach Henryego Forda? Jak w ogóle można mówić o "prestiżu" w przypadku marki, która jeszcze przed chwilą produkowała Escorta - model, który całkowicie rdzewiał zanim pokonał drogę z salonu do domu?

Jak tak dalej pójdzie, to za chwilę swoje wydania premium zaprezentują Dacia i Škoda. W pierwszym przypadku na wyposażeniu seryjnym każdego modelu będzie mały Rumun, odpowiedzialny za mycie auta po każdej przejażdżce. W Dacii nazwą to "samoczyszczącą się karoserią". Zaś ociekającą prestiżem Škodę zamówić będzie można ze złotymi felgami, na których laserowo zostaną wycięte nasze inicjały. To tak, jakby w rocznicę ślubu ofiarować żonie zegarek Casio na gumowym pasku z wygrawerowanym na kopercie napisem "Na pamiątkę mojej rybce".

Jest jednak pewna rzecz, która irytuje mnie jeszcze bardziej niż zwykłe auta próbujące udawać premium. Tą rzeczą są samochody z klasy premium, które nie trzymają jej standardów. Jak np. mercedes klasy B, którym ostatnio jeździłem. Po pierwsze nie znam nikogo normalnego, kto planując zakup luksusowego auta, stwierdziłby, że bardzo odpowiada mu kompaktowy van. Równie dobrze można by się zastanawiać nad spędzeniem wakacji w jakimś egzotycznym miejscu, po czym udać się do Sosnowca.

Druga rzecz to komfort, jaki gwarantuje klasa B. A raczej jego brak. Owszem, gdy ruszyłem z miejsca benzynową wersją o mocy 184 koni, z napędem na cztery koła i siedmiobiegowym automatem, to od razu pomyślałem: "Jak przyjemnie. Jak aksamitnie pracuje. Jak cicho i elegancko się porusza". Ale tak było do prędkości 90 km/h. Później zaczęło się robić niepokojąco głośno, aż przy autostradowych 140 km/h zaczęły krwawić mi uszy. Skrzynia biegów i silnik współpracowały ze sobą z entuzjazmem grabarzy odkopujących zwłoki do ekshumacji. Do tego nie mogłem znaleźć sobie miejsca w fotelu kierowcy, którego siedzisko było tak krótkie, że kończyło się w tym samym miejscu, co moje slipki. I było położone tak wysoko nad ziemią, że miałem wrażenie jazdy na kozie. A gwoździem do trumny okazało się spalanie. Dopóki wskazówka prędkościomierza utrzymywała się na liczbie 140, było to 8,3 litra benzyny. Wystarczyło jednak parę razy zahamować i ponownie przyspieszyć, by komputer pokładowy pokazał wartość przekraczającą 10 litrów. A to jakieś 80 proc. więcej, niż obiecuje Mercedes w katalogu. Skoro jesteśmy przy katalogu, to Niemcy nazywają w nim klasę B "praktyczną i porywającą". Chodzi prawdopodobnie o to, że jak kupicie to auto, to po pięciu minutach wrócicie do salonu i porwiecie sprzedawcę, który was na nie namówił. Wywieziecie go do lasu w praktycznym (dużym i o regularnym kształcie) bagażniku i tam zakopiecie.

Rzecz jasna, B220 4matic ma również niezaprzeczalne zalety. W środku wygląda świetnie, choć pod względem jakości wykonania bliżej mu do Forda C-maxa czy Volkswagena Tourana niż do aut premium. Ma też bardzo, ale to bardzo dobre zawieszenie - z jednej strony komfortowe, z drugiej wybitnie dobrze sprawdzające się przy dynamiczniejszej jeździe. Łatwo się do niego wsiada, a przestronność wnętrza nie budzi żadnych zastrzeżeń. Dynamicznie się rozpędza, a napęd 4matic daje poczucie bezpieczeństwa i wyraźnie wpływa na pewność prowadzenia. To jednak zdecydowanie za mało. Bo to samo potrafią samochody, które kosztują znacznie mniej.

Na zakup B220 przygotować trzeba monstrualne 132 tys. zł, a za te pieniądze nie dostaniecie nawet automatycznej klimatyzacji. Kilka przydatnych opcji wywinduje ostateczną kwotę do 160 tys. zł. A to już stawka, za którą możecie mieć dobrze wyposażoną klasę C180 w wersji kombi: może ciut wolniejszą i tylko troszeczkę mniej praktyczną, za to na pewno znajdującą się w klasie premium wszystkimi czterema kołami, a nie tylko znaczkiem na masce. A jeżeli lubicie minivany, to kupcie sobie forda C-maxa z oszczędnym dieslem. Co prawda zza jego kierownicy nie będziecie mieli widoku na piękne drewno jak w klasie B, ale przyznajcie sami - nie jest on wart 70-80 tys. zł. W przypadku Forda dostajecie konserwę turystyczną za cenę konserwy turystycznej. A w przypadku B220 za mielonkę płacicie jak za najlepszą argentyńską polędwicę. Choćbyście konsumowali ją w apartamencie królewskim w Hiltonie, to i tak odbije się wam czkawką.

@RY1@i02/2015/112/i02.2015.112.00000230b.803.jpg@RY2@

MERCEDES B220 4MATIC

@RY1@i02/2015/112/i02.2015.112.00000230b.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk

szef sekretariatu redakcji

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.