Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Literackie nowości

Ten tekst przeczytasz w 8 minut

John Borrell Polski nie upiększa ani jej nie demonizuje. Ale jego historia sporo nam mówi o drodze, którą przeszliśmy przez ostatnie ćwierćwiecze. Na początku lat 90. zeszłego stulecia Borrell, nowozelandzki dziennikarz i korespondent, postanowił rzucić robotę w mediach i osiedlić się w Polsce. Za tą decyzją przemawiał właściwie tylko jeden argument: Borrell miał - i ma - polską żonę. Nad Jeziorem Białym niedaleko Kartuz Nowozelandczyk zaczął budować pensjonat nastawiony na obsługę licznie napływających wówczas do Polski ekspatów, potem założył jedną z pierwszych w kraju firm handlujących winem, jeszcze później zaś, wykorzystując swoje dziennikarskie doświadczenie, uruchomił prężny tygodnik regionalny "Express Kaszubski". Wszystkie te przedsięwzięcia się powiodły - i to jest chyba najosobliwszy aspekt całej tej historii.

"Nad Jeziorem Białym" nie ma w sobie nic z podróżniczego kiczu, jaki zalał w swoim czasie nasze księgarnie, bo i Borrell to nie jest typ sentymentalny, wręcz przeciwnie - to nieodrodny syn egalitarnego, pragmatycznego narodu twardych wyspiarzy. No i naturalnie uparty człowiek Zachodu, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych ani takich, do których nie można dojść własną pracowitością i zapałem. Ów ekstrawagant ląduje w Polsce ledwie wybudzonej z komunistycznego letargu, biednej, zrujnowanej, skorumpowanej. Nie ląduje w wielkim mieście, ale na prowincji, gdzie rządzą klanowe układy, gdzie szef policji, prokurator, burmistrz i ksiądz urządzają sobie popijawy i polowania, gdzie nic nie może się zdarzyć bez ich przyzwolenia wspartego pewną ilością nieoficjalnej gotówki. To materiał zarówno na dramat, jak i na komedię - Borrell wybiera ścieżkę środkiem, opowiadając nam przy okazji słodko-gorzką historię o polskiej transformacji.

@RY1@i02/2015/060/i02.2015.060.19600070a.807.jpg@RY2@

Piotr Kofta

Najbardziej sugestywne w debiutanckiej powieści Ismeta Prcicia jest oczekiwanie na wojnę na Bałkanach. W bośniackiej Tuzli, gdzie dorasta chłopiec noszący to samo imię i nazwisko co autor książki, wszyscy przeczuwają, że wojna nadejdzie, ale odsuwają tę myśl jak najdalej od siebie. Tylko kasandryczna matka, odpalając papierosa od papierosa, wieszczy rychłą tragedię, inni bagatelizują jej słowa. "Widziałem Rambo. Widziałem Arnolda. W moim rozumieniu, jak się było po stronie dobrych, wojna była czymś słusznym, jeśli zaś byłeś po stronie tych złych - miałeś przechlapane. Ale czy ja byłem dobry, czy zły?" - czytamy we wspomnieniach bohatera. To, co musi nadejść, nadchodzi. Ismet, zanim zdąży wyrosnąć z chłopięcych psikusów i fantazji o dziewczynach z sąsiedztwa, doświadcza wojennego koszmaru. Trudno zresztą mu się połapać, która wojna jest prawdziwa: ta widziana na własne oczy czy w telewizji. Ktoś mógłby powiedzieć, że Ismet miał szczęście. Udało mu się uciec z Bośni, znalazł schronienie w Stanach. Mógł przecież skończyć jak Mustafa, pozostały na froncie żołnierz, dla którego śmierć, przemoc i sadyzm stają się chlebem powszednim. W pewnym momencie orientujemy się, że Mustafa to przerażające alter ego głównego bohatera. Życie na uchodźtwie nie może być ani spokojne, ani szczęśliwe, bo pamięć uporczywie powraca do tego, co było, nie pozwala ruszyć naprzód. Spisane przez Prcicia wspomnienia są elementem terapii, ale też intymnym listem do matki. Skażony traumą umysł nie jest w stanie stworzyć jednolitej narracji. Opowieść tworzy z tytułowych odłamków. Składają się na nią wspomnienia z okresu dorastania w Bośni, dramat samotności i wykorzenienia, próba rozliczenia z wojną, ale też czarny humor.

@RY1@i02/2015/060/i02.2015.060.19600070a.808.jpg@RY2@

Malwina Wapińska

Kto mi ukradł Kościół? - zdaje się pytać Marcin Wójcik w świetnym zbiorze reportaży "W rodzinie ojca mego". Pierwsza myśl o tej książce? Nie moje małpy, nie mój cyrk. Ale zaraz potem otrzeźwienie: jeśli przyjrzeć się ostatniemu ćwierćwieczu w historii Polski, wszystko przebiegało z grubsza zgodnie z przewidywaniami. Z jednym wyjątkiem. Tym wyjątkiem jest niezwykły sukces Tadeusza Rydzyka, jego wrogie przejęcie rozległych obszarów polskiego katolicyzmu, jego instynkt w zagospodarowywaniu duchowych potrzeb i społecznych frustracji. Zbiór reportaży Wójcika o Rydzyku, jego medialnych przedsięwzięciach, jego wyznawcach i wrogach, wydaje się ważny nie tylko dlatego, że jest inteligentnie skomponowany i dobrze napisany, lecz także ze względu na perspektywę - to punkt widzenia katolika, któremu skradziono Kościół i który pragnie się dowiedzieć, kto, jak i dlaczego tego dokonał. Wójcik przepracował lata w "Gościu Niedzielnym", jako dziennikarz katolickich mediów mógł usłyszeć, zobaczyć i zrozumieć to, czego przeciętni przedstawiciele "cywilizacji śmierci" nawet nie biorą pod rozwagę.

"W rodzinie ojca mego" to właściwie rzecz o alternatywnym świecie zamieszkanym przez miliony ludzi, w którym Polska wygląda całkiem inaczej - jest krajem w stanie wojny, krajem okupowanym przez komunistów, pedałów i lesby, ubeków, Żydów, nawet przez nieprawomyślnych księży. W Okopach Świętej Trójcy trwa ciągła mobilizacja, a walka z najeźdźcami ma prowadzić nie tylko do zwycięstwa, ale i do zbawienia. Romantyczna mitologia miesza się tu z kultem jednostki - tą jednostką, warto zauważyć, nie jest bynajmniej Jezus Chrystus. Najciekawsze pytanie - odpowiedź to zadanie dla historyków, socjologów, politologów i antropologów kultury - brzmi: Co przeoczyliśmy, wpatrzeni w horyzont obietnic lepszego świata?

@RY1@i02/2015/060/i02.2015.060.19600070a.809.jpg@RY2@

Piotr Kofta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.