Dziennik Gazeta Prawana logo

Smaczniej, bo bez mięsa

28 czerwca 2018

Czy ludzkość mogłaby istnieć bez mięsa? Oczywiście, że by mogła. Byłaby na dodatek pewnie dużo lepsza.

Macie w głowie obraz ludzi pierwotnych polujących na mamuta? To się go najlepiej pozbądźcie, bo jest bardzo mylący. Tak naprawdę ludzkość przez sporą część swojej historii opierała się na diecie roślinnej. Rozwój uprawianego na szeroką skalę przetwórstwa mięsa związany jest właściwie dopiero z triumfalnym pochodem kapitalizmu oraz czasem wielkich wojen opartych na armiach z poboru. Obserwowanego dziś upowszechnienia się diety mięsnej nie należy więc traktować jako przywrócenia utraconej normalności. Ani tym bardziej jako szczególnie ważnej zdobyczy cywilizacyjnej. Mięso na naszych stołach jest raczej faktem, który ma wiele daleko idących konsekwencji. I bardzo wiele z nich to nie są bynajmniej konsekwencje pozytywne.

W ten sposób można najkrócej streścić główne przesłanie nowej książki Jarosława Urbańskiego. Wierny czytelnik Magazynu DGP powinien go pamiętać z wydanej dwa lata temu książki "Prekariat i nowa walka klas". Jednej z najważniejszych analiz tego, co się wydarzyło z polskim rynkiem pracy po 1989 r. Nowa praca Urbańskiego jest z pozoru dowodem, że autor skręcił w zupełnie inne rejony. No bo czyż mięso nie ma się do pracy jak piernik do wiatraka? To pierwsze wrażenie braku korelacji znika jednak szybko wraz z pochłanianiem (nomen omen) kolejnych stron "Społeczeństwa bez mięsa".

Nowy Urbański zachowuje jednak wszystko to, co było w poprzedniej książce pociągające. A więc świeżość spojrzenia i mocne osadzenie tekstu w bogatej literaturze antropologicznej i socjologicznej. A do tego dochodzi niezwykła umiejętność Urbańskiego do nienachalnej, lecz opartej na solidnych argumentach obrony swoich przekonań politycznych. Bo wegetarianizm autora "Społeczeństwa bez mięsa" jest właśnie świadomie realizowaną strategią polityczną. A nie tylko modnym wyborem tożsamościowo-etycznym. Czytając tę książkę, zaczynamy wreszcie rozumieć, że niejedzenie mięsa w zasadzie powinno być integralną częścią lewicowości. Tak samo jak jest nią obrona praw pracowniczych albo troska o dobro wspólne.

Dlaczego? Po pierwsze z powodu historii. Urbański pokazuje nam, jak bardzo handel produktami zwierzęcymi stał się źródłem wielkich dochodów i akumulacji kapitału w ręku miejskiego patrycjatu i posiadaczy ziemskich. Który to majątek został potem przemieniony w fortuny czasów rewolucji przemysłowej. Po drugie, z powodu aspiracji. Klasy panujące zdołały w pewnym momencie rozbudzić wśród reszty społeczeństwa przekonanie, że trzeba jeść mięso. Dużo mięsa. Bo jest to namacalny dowód społecznego awansu i sukcesu. Czerpiąc z tego dalsze sowite zyski. Po trzecie, mięsna dieta jest zdaniem Urbańskiego podejrzana z powodu oparcia na niej wielkich armii pochodzących z poboru, których istnienie zapoczątkowało erę imperialnych podbojów i wojen światowych. Po czwarte wreszcie (i jest to argument bardzo przekonujący dla autora niniejszej recenzji), każdy, kto trochę lepiej pozna kulisy współczesnego przemysłu przetwórstwa mięsa (okrucieństwo wobec zwierząt plus bardzo złe zazwyczaj warunki zatrudnienia), powinien spojrzeć na postulat wegetarianizmu trochę bardziej łaskawym okiem.

Mówiąc krótko, jeśli sądziłeś dotąd, drogi czytelniku, że mięso to sprawa niepolityczna, to przeczytaj koniecznie tę książkę. Nawet jeśli cię Urbański nie przekona, to dostaniesz dużo soczystego materiału do pysznych rozważań. Zdrowych i strawnych. Choć niekoniecznie opartych na zdjętym z haka mięsiwie.

@RY1@i02/2016/252/i02.2016.252.00000350a.801.jpg@RY2@

Jarosław Urbański, "Społeczeństwo bez mięsa. Socjologiczne i ekonomiczne uwarunkowania wegetarianizmu", Wydawnictwo A+, Poznań 2016

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.