Z tego będzie film !
DOKUMENT Chęć reżyserowania bierze się u mnie z silnie rozwiniętej potrzeby obserwacji rzeczywistości - mówi Zofia Kowalewska, której dokumentalny debiut "Więzi" zostanie pokazany na festiwalu Sundance oraz ma szansę na nominację do Oscara
@RY1@i02/2016/243/i02.2016.243.196000200.101(c).jpg@RY2@
fot. mat. prasowe
Nie tylko "Więzi", ale niemal wszystkie filmy, które nakręciłaś do tej pory, poruszają wątek skomplikowanych relacji rodzinnych. Co sprawia, że ta tematyka jest dla ciebie tak bardzo inspirująca?
Interesuje mnie kwestia rozpadu i późniejszej próby odbudowania relacji, a o takie sytuacje najłatwiej w rodzinie. Właśnie ona bywa też często źródłem najsilniejszych, najbardziej pierwotnych emocji. Wyjątkowo silnie zaobserwowałam to na jednych z zajęć w szkole, na których mieliśmy opowiedzieć coś o sobie i swoich doświadczeniach życiowych. Zaskoczyło mnie wtedy, że niektórzy unikali tematu relacji z najbliższymi, a jeśli już zaczęli o nich mówić, automatycznie sztywnieli, zmieniali wyrazy twarzy i sprawiali wrażenie, jakby naruszali jakieś tabu.
Jako reżyserka nie masz jednak podobnych oporów.
"Więzi" zaczęłam kręcić, gdy byłam w klasie maturalnej i mieszkałam jeszcze w domu rodzinnym. Intensywne relacje z najbliższymi były ważną częścią mojej codzienności. Zrobiłam film o czymś, na czym się znam i co w tamtym momencie było mi bliskie.
Jak sprawiłaś, że twój dokument nie okazał się zbyt hermetyczny?
Na pewno nie chodziło mi o to, by zrobić po prostu film o członkach własnej rodziny. Moi dziadkowie zafascynowali mnie jako ludzie, którzy podjęli trudną decyzję, by - kilka lat po rozstaniu - wrócić do siebie i spróbować znowu żyć razem. Przez lata w najbliższym otoczeniu obserwowałam trudności w relacjach i rozstania. Postawa dziadków wydała mi się niezwykła i godna utrwalenia.
Nie obawiałaś się, że upublicznienie tej historii może jakoś zaszkodzić twoim bohaterom?
Starałam się przez cały czas pamiętać, że występuję w "Więziach" w podwójnej roli: reżyserki i wnuczki. Wiedziałam, że jeśli nie zapomnę o tym drugim wymiarze, który automatycznie pociąga za sobą spojrzenie pełne ciepła i miłości, nikomu nie stanie się krzywda.
Czy, odwracając pytanie, można powiedzieć, że wystąpienie w "Więziach" przyniosło bohaterom jakąś korzyść?
Lubię myśleć w takich kategoriach o - sportretowanej na ekranie - uroczystości jubileuszu dziadków. Choć nie mamy w zwyczaju celebrowania takich wydarzeń, koniecznie chciałam mieć w filmie scenę większego, rodzinnego spotkania. W pewnym momencie podsunęłam dziadkowi pomysł na organizację jubileuszu, a on zareagował pozytywnie i rozpoczął starania. To, co później wydarzyło się podczas jubileuszu, wydaje mi się ważnym krokiem w relacji bohaterów.
Pojednawczy ton twojego filmu pozwala umiejscowić go na antypodach głośnego "Takiego pięknego syna urodziłam" Marcina Koszałki.
Choć bardzo cenię "Takiego pięknego syna...", chciałam nakręcić film o czymś zupełnie innym. W "Więziach" nie rozliczam się przecież z własną relacją z bliskimi, lecz przyglądam się ich konfrontacji z przeszłością. Musiałam więc pozostać wobec niej neutralna. Kocham swoich dziadków i nie mam prawa ich oceniać, a poza tym uważam, że bardzo dobrze wypadają przed kamerą. Na spotkaniach po seansie widzowie pytają czasem, czy to ja napisałam im takie świetne dialogi, a wtedy odpowiadam, że bardzo bym chciała, ale to wszystko zasługa dziadków, którzy na co dzień rozmawiają ze sobą tak samo jak na ekranie.
Za opiekę artystyczną nad "Więziami" odpowiadał Paweł Łoziński. Jak udało ci się nawiązać współpracę z tym uznanym reżyserem?
Paweł był członkiem komisji, która oceniała projekt filmu w Studiu Munka. Kiedy dotarło do mnie, że twórca, którego uważam za wielkiego mistrza, będzie wypowiadał się o moim projekcie, początkowo byłam zestresowana. Gdy jednak w trakcie rozmowy Paweł zaczął się do mnie uśmiechać, odetchnęłam z ulgą i poczułam, że widzi w filmie jakiś potencjał. Później sam zaproponował, że obejmie nad filmem opiekę artystyczną, co było dla mnie wielkim wyróżnieniem, bo nie ma chyba w Polsce reżysera, który z większym wyczuciem sportretowałby w filmie własne relacje rodzinne.
Na którym etapie pracy nad filmem pomoc Pawła Łozińskiego okazała ci się najbardziej przydatna?
Zdecydowanie podczas montażu. Długo rozmawiałam z nim o tym, czy film powinien mieć raczej powolny rytm podkreślający obecną w życiu dziadków rutynę, czy może bardziej emocjonalny, zderzający spięcia pomiędzy bohaterami i próby przełamania impasu. Ostatecznie, właśnie za namową Pawła, zdecydowałam się na to drugie rozwiązanie. Oczywiście, nie było tak, że nasza współpraca zawsze przebiegała idyllicznie. Zdarzały się sytuacje, w których się nie zgadzaliśmy, ale na szczęście Paweł nie próbował wtedy za wszelką cenę przekonywać mnie do swoich racji. Zamiast tego mówił: "Uważam inaczej, ale to przecież twój film".
Producentem wykonawczym "Więzi" był z kolei reżyser "Gwizdka" i "Fal" Grzegorz Zariczny.
Grzesiek jest dla mnie bardzo ważną postacią. Poznałam go - dzięki mamie aktorce, która grywa w jego filmach - jeszcze jako licealistka. Zaczęłam pokazywać mu moje reżyserskie wprawki. Dużo się od niego nauczyłam. Dzięki jego radom udało mi się znaleźć temat na film.
Jak do tego doszło?
Pokazałam Grześkowi scenę, w której dziadek kupił deskę do prasowania i suszarkę do ubrań, a babcia zaczęła czynić mu wyrzuty i powiedziała w końcu, że nie ma prawa nic zmieniać w domu, z którego wyprowadził się kiedyś do innej kobiety. Grzesiek powiedział: "Zosia, z tego będzie film!", a niedługo później poznał mnie z operatorką Weroniką Bilską i dźwiękowcem Krzysztofem Ridanem, którzy podjęli ze mną współpracę przy "Więziach".
Filmy zaczęłaś kręcić już jako nastolatka. Chciałaś w ten sposób pójść w ślady uzdolnionych artystycznie rodziców?
Wręcz przeciwnie, jako córka aktorki i dramaturga miałam poczucie, że spędziłam już wystarczająco dużo czasu za kulisami teatru, i chciałam związać się z zupełnie inną dziedziną życia. Przez długi czas myślałam o tym, by wyjechać za granicę i studiować psychologię eksperymentalną. Kino bliżej zainteresowało mnie dopiero wtedy, gdy na zaliczenie jednego z przedmiotów na maturze międzynarodowej nakręciłam krótki film.
Czy twojemu zainteresowaniu reżyserią towarzyszy również kinofilia?
Na pewno nie jestem osobą, która - niczym Quentin Tarantino - obejrzała najpierw tysiące filmów, a potem zapragnęła kręcić własne. Chęć reżyserowania bierze się u mnie raczej z silnie rozwiniętej potrzeby obserwacji rzeczywistości. Pół żartem, pół serio mogę powiedzieć, że bardziej niż kino inspirują mnie magazyny typu "Z życia wzięte". Odkąd pamiętam, zapisuję na przykład dialogi, które usłyszę gdzieś w autobusie albo w kawiarni. Niedawno znalazłam zeszyt, który prowadziłam jako 13-latka. Znalazło się w nim 15 scenek zainspirowanych rozmowami pomiędzy parą moich drugich dziadków, tym razem od strony taty. Jak widać, pomysł na film w stylu "Więzi" dojrzewał we mnie od naprawdę długiego czasu.
Domyślam się jednak, że masz swój sprecyzowany gust filmowy.
Jak już wspomniałam, moimi mistrzami są na pewno Grzesiek Zariczny i Paweł Łoziński. Podczas oglądania ostatniego filmu Pawła "Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham" płakałam chyba ze trzy razy. Jako widza fabuł interesuje mnie natomiast poezja ukryta w pozornie banalnej, nieefektownej codzienności. Dostrzegam ją chociażby u braci Dardenne, Kena Loacha i Mike’a Leigh. Bardzo cenię też Hanekego, zwłaszcza za precyzję i chłodną elegancję "Miłości".
Często podkreślasz, że sukces "Więzi" przeszedł twoje najśmielsze oczekiwania. Czy w takiej sytuacji masz jakieś marzenia dotyczące zawodowej przyszłości?
Pragnę po prostu nadal się rozwijać i robić filmy, które wydadzą się komuś ważne albo poruszające. Choć uwielbiam dokumenty, mam nadzieję, że nauczę się także konstruować historie od podstaw i realizować fabuły. Niezależnie od tego wszystkiego chciałabym też, by praca nie stała się dla mnie obsesją i czynnikiem negatywnie wpływającym na życie rodzinne.
Pisarz Marek Bieńczyk sformułował na to prostą receptę: "Pisz, ale też trochę żyj!".
Otóż to. Zwłaszcza że jeśli traktujesz swoją twórczość poważnie, inspirujesz się własnymi przemyśleniami, obserwacjami i doświadczeniami, na których zdobywanie potrzebujesz czasu. Niektórzy mówią, że takie czerpanie z samego siebie jest ryzykowne, a reżyseria to bardzo trudna profesja. Chwilami się z tym zgadzam. Częściej myślę jednak, że to najpiękniejszy zawód na świecie.ⒸⓅ
@RY1@i02/2016/243/i02.2016.243.196000200.803.jpg@RY2@
fot. mat. prasowe
Kadr z filmu "Więzi
Rozmawiał Piotr Czerkawski
@RY1@i02/2016/243/i02.2016.243.196000200.102(c).jpg@RY2@
Pokaz "Więzi" oraz spotkanie z Zofią Kowalewską odbędą się w Narodowym Instytucie Audiowizualnym w Warszawie 16 grudnia (piątek) o godz. 19.00
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu