Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Pejzaż namazany na szybie

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 11 minut

WYDARZENIE "Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię" Davida Fostera Wallace’a, czyli najlepszy i najbardziej osobliwy zbiór esejów, jaki przeczytacie w tym roku

Z racji naszego położenia w łańcuchu pokarmowym światowej kultury często musimy dojadać resztki z pańskiego stołu albo spożywać pokarmy przeżute już dawno przez kogoś innego. Jakąkolwiek metaforę by tu zastosować, często są to dania niezbyt smaczne; co rusz okładkowe blurby zapowiadają kolejne amerykańskie albo brytyjskie arcydzieła, które okazują się w najlepszym razie przeciętną literaturą, w najgorszym zaś - sztampową, stereotypową, niewartą uwagi słabizną. Jak z tej góry papieru wyłowić teksty wartościowe? Obawiam się, że jedynie metodą prób i błędów. W świecie, w którym wszystko przykrywa gruba folia marketingu, człowiek przeważnie porusza się po omacku. Ale czasami - inaczej nie warto byłoby w ogóle próbować - czekają na niego nagrody i odkrycia. Na przykład pisarstwo Davida Fostera Wallacea.

Jeśli chodzi o Wallacea, to nie ma chyba ani grama przesady w stwierdzeniu, że był pisarzem onieśmielająco wybitnym; był też pisarzem w pewnym sensie, przynajmniej w osobistym mniemaniu, niespełnionym - w 2008 roku odszedł śmiercią samobójczą w wieku zaledwie 46 lat, pozostawiając rozgrzebany i niedokończony manuskrypt powieści ("The Pale King"), z którą męczył się od blisko dekady. Z depresją i nerwicą lękową męczył się znacznie dłużej, bo od wczesnej młodości. Naturalnie wielu twórców zmaga się z demonami swojej psychiki i wielu w taki czy inny sposób przetwarza te zmagania na literaturę, ale Wallace miał zdumiewający dar jednoczesnego abstrahowania od własnej udręczonej duszy i głęboko personalnego pozostawania w centrum wydarzeń. Czyli - by posłużyć się pewnym paradoksem - pisząc o sobie, nie pisał o sobie, a nie pisząc o sobie, pisał o sobie. Czytelnik w literackiej rzeczywistości Wallacea - rzeczywistości trudnej, porośniętej kolczastymi krzewami, zasadniczo dość nieeuklidesowej - nigdy nie bywa osamotniony, zawsze ma bliskiego towarzysza w postaci autora. Ale jeśli zapragnąłby spojrzeć mu znienacka w oczy, dojrzy tylko plecy, ruchomą sylwetkę, zamazany profil.

Odwołuję się desperacko do powyższych przenośni, ponieważ Wallace umyka tradycyjnym klasyfikacjom. Weźmy "Rzekomo fajną rzecz, której nigdy więcej nie zrobię", świeżo wydany u nas, a oryginalnie opublikowany w 1997 roku zbiór esejów (czy może - "esejów") Amerykanina. Wallace nie tyle przekracza w tych tekstach granice między gatunkami literackimi, ile w ogóle owych granic nie zauważa. Zacierają się tu różnice między fikcją a prawdą, naukowym wywodem a prozą artystyczną, naoczną obecnością a skrajnym dystansem, realizmem a symbolizmem, obiektywną refleksją a subiektywnym komentarzem, faktem a metaforą. Tak jakby pod maniakalnym piórem (a raczej długopisem marki Bic, zwanym przez Wallacea "orgazm opisem") autora "Infinite Jest" te szczegóły, za pomocą których porządkujemy nasze akty poznania, zamieniały się w coś na kształt pejzażu rozsmarowanego po zewnętrznej stronie okna w pędzącym pociągu. To są doznania relatywistyczne, to jest fizyka przeniesiona żywcem do literatury.

To była też wariacka metoda Wallacea na powrót do literackiej prawdy, na ucieczkę od postmodernistycznej ironii. Zbiór - kongenialnie przełożony przez Jolantę Kozak - zawiera jedną z najważniejszych programowych wypowiedzi pisarza, esej "E Unibus Pluram: telewizja a fikcja amerykańska", rzecz o tym, jak przemysł rozrywkowy wchłonął ironię i stworzył nową kulturę wątpiącej w siebie "obrazofikcji". "Telewizja swoją śliczną rączką trzyma moje pokolenia za gardło - pisał Wallace. - Będę argumentował, że ironia i ośmieszenie są zabawne i efektywne, a jednocześnie powodują skrajną rozpacz i zastój w amerykańskiej kulturze, dla aspirujących autorów fikcji zaś stanowią wyjątkowo trudne problemy".

Sporą część "Rzekomo fajnej rzeczy..." zajmują też quasi-reporterskie prozy pisane przez Wallacea na zamówienie rozmaitych czasopism: jest tu zatem groteskowa relacja z wielkich targów rolniczych stanu Illinois, jest autoironiczna opowieść o tygodniowym rejsie luksusowym liniowcem po Karaibach, jest obsesyjnie drobiazgowa historia o pobycie na planie "Zagubionej autostrady" Davida Lyncha, jest wreszcie tekst o elitarnym turnieju tenisowym (Wallace był jako nastolatek zdolnym tenisistą). Pisarz okazuje się, jeśli idzie o techniczne kompetencje, zdolnym kontynuatorem tradycji gonzo journalism, jego reportaże są przy okazji przesiąknięte czarnym, smolistym, ekstrawaganckim humorem. Ale nie warto czytać tych tekstów jako dziennikarskich świadectw - to jest czysta proza napisana z kosmicznym temperamentem, encyklopedyczną erudycją i wrażliwością (kruchością?) człowieka balansującego nad otchłanią, proza o opętaniu i możliwych ścieżkach ku wyzwoleniu.

@RY1@i02/2016/200/i02.2016.200.19600070c.801.jpg@RY2@

Writer Pictures/forum

Piotr Kofta

@RY1@i02/2016/200/i02.2016.200.19600070c.802.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.