Dziennik Gazeta Prawana logo

Fawele to stan umysłu

2 lipca 2018

Synonim biedy, strachu i brutalnych morderstw - to tylko część prawdy o slumsach Rio de Janeiro. Ale i tu można zamieszkać w fajnym hostelu albo wpaść na dobrą imprezę

Ciągną się po horyzont. Na drodze z lotniska Tom Jobim do centrum Rio w zasadzie nic innego nie widać, tylko niekończący się krajobraz prowizorycznych domków i ruder. Dopiero kiedy mijamy tunel Reboucas, Rio zaczyna przypominać siebie z pięknych pocztówek czy relacji z trwających właśnie igrzysk olimpijskich. Ale i tu fawele są na każdym kroku. - Jak przyjedziesz, zadzwoń, wybierzemy się do jednej - zapraszał już wcześniej Marek, który mieszka w Rio od prawie czterech lat, a na Uniwersytecie Stanowym pisze doktorat właśnie o fawelach.

Dzwonię. Akurat ma czas. Wybór pada na fawelę Vidigal. To bezpieczny typ. Bo w tych słynniejszych, jak choćby Cidade de Deus - filmowym "Mieście Boga" - sytuacja jest ostatnio bardziej napięta.

Widok za milion dolarów

Marek przychodzi z kolegą - Kubą Kizlichem. Obaj z Warszawy, kiedyś przez dwa lata bez przerwy włóczyli się po Ameryce Południowej, nadal można przeczytać ich bloga w internecie. Ostatni wpis jest z 2013 r. Kuba kilka tygodni temu wpadł do Rio na ślub Marka z Simoni, był świadkiem. Teraz wynajął w Rio mieszkanie (ceny podobne do polskich) i może też zostanie na dłużej.

Jedziemy taksówką. Po lewej cały czas ocean. Copacabana, Ipanema, Leblon. Właśnie nad tą ostatnią plażą, miejscu bardzo popularnym wśród brazylijskich celebrytów, w górę pnie się Vidigal. Fawela, która stała się jedną z atrakcji turystycznych Rio.

Polski deweloper dostrzegłby tu ogromny potencjał. Domy z tarasami po "milion" złotych za metr, hotele, spa. Tymczasem w Rio najlepsze miejscówki zajmują ceglane rudery pokryte blachą falistą po zero złotych za metr. Czynszu tu się nie płaci, jedyny stały wydatek to gaz do butli, prąd z reguły bierze się na lewo. Ale jest też i zła wiadomość: żaden obcy tu nie zamieszka.

W fawelach prawie każdy ma widok za milion dolarów, ale chyba nie jest to uznawane w Rio za wielką wartość. Struktura społeczna wygląda tak, że najzamożniejsi, z szefem wzgórza na czele (bo każde wzgórze ma swojego szefa), rezydują na dole. A im wyżej, tym biedniej.

Tuż za bramą, którą wchodzi się do Vidigal, smażą się na grillu szaszłyki, młody chłopak od niechcenia obraca nimi i pytająco spogląda, czy coś chcemy. Obok rozłożone są stoiska z biżuterią, słodyczami i napojami, taki sklep firmowy dla przyjezdnych. Stoi też samochód policji pacyfikacyjnej (UPP). To znak, że ta fawela nadal jest, powiedzmy umownie, bezpieczna.

Porażka pacyfikacji

Program Unidade de Policia Pacificadora rozpoczęty został w 2008 r. Cele przyświecały mu szczytne: wyrzucenie gangów narkotykowych z wyjętych spod prawa faweli, tworzenie tam jakichś samorządowych zrębów, programy socjalne. Największa intensyfikacja działań nastąpiła przed piłkarskimi mistrzostwami świata w 2014 r., wtedy doszło do trwającej tydzień regularnej bitwy z udziałem UPP i jednostek specjalnych BOPE o jedną z największych faweli w Rio - Complexo do Alemao.

- Tak naprawdę to była jedyna pacyfikacja zrobiona z przytupem. W użyciu były nawet transportery opancerzone. W przypadku reszty wyglądało to tak, że był kontrolowany przeciek tydzień wcześniej w gazecie, iż policja zamierza pacyfikować jakieś wzgórze, i pozwalało się tym gangsterom po prostu wynieść. Wchodziło się już na opuszczone wzgórze i instalowało komisariaty - wyjaśnia Marek.

W Rio faweli jest chyba z tysiąc, pacyfikacji zrobiono 38. Dzięki temu podczas mundialu w 2014 r. można było spokojnie pójść do Complexo do Alemao na wycieczkę. Dziś to nie jest już takie proste. Marek: - Gangi wróciły. Na początku bez broni, potem z bronią. Są miejsca, gdzie do strzelanin dochodzi codziennie. Widzisz ten napis na murze? - wskazuje palcem krzywo wyrysowane sprejem litery ADA. I kontynuuje: - Amigos dos Amigos, czyli Przyjaciele Przyjaciół. Jeden z trzech największych gangów w Rio obok Comando Vermehlo i Terceiro Comando Puro. To one wybierają szefów wzgórz.

Brazylijska samba na motorze

Na górę wyjeżdżamy motocyklem. Żaden inny środek transportu tak dobrze się tu nie sprawdza. Od turystów kierowca bierze dziesięć reali (ok. 11 zł), od swoich po dwa. Podaje mi kask, siadam za nim, nogi na podpórki, ręce zaciskają się na uchwytach. Ruszamy. Z kopyta. Pędząc stromą, wąską i krętą ulicą, zaczynasz się zastanawiać, czy miejscowi zakładają się między sobą, komu uda się zrzucić pasażera. On jest w swoim żywiole, ja mniej. Pokusa, by wyjąć z kieszeni telefon i to nakręcić, przegrywa z obawą, że uwalniając jedną rękę, za chwilę wyląduję z głową na krawężniku. Ze zjeżdżającymi w dół motocyklami mijamy się na zakrętach o grubość kartki papieru, a kiedy mój kierowca wciska się z lewej strony między małego busa a mur, wydaje mi się, że zaraz zostawię tam kolano, do którego tak się przecież przyzwyczaiłem. Slalom jak na testach dla policjantów na motorach. Przyciskam nogi mocniej, ale to też nie jest dobry pomysł, bo parzy silnik.

- OK? OK? - dopytuje się przez ramię mistrz kierownicy. Może usłyszał, jak przełykam ślinę?

- OK! - odkrzykuję, robiąc dobrą minę do złej gry. Jeszcze kilka zakrętów i jesteśmy na górze. No, prawie. Celem jest Morro de Dois Irmaos, Wzgórze Dwóch Braci. Punkt widokowy, do którego niegdyś nie było dostępu. Idziemy ścieżką wydeptaną przez lokalnych przestępców, uciekających w górę przed policyjnymi nalotami. W tej chwili to jest już w zasadzie trasa turystyczna, chwilami można poczuć się jak na Kasprowym Wierchu.

Vidigal: fawela z hostelami

- Kiedy byliśmy tutaj poprzednio, jakieś dwa-trzy lata temu, to szliśmy w zasadzie sami, ciężko było kogoś spotkać - opowiada Kuba, kiedy musimy na skalnym przejściu ustąpić miejsca schodzącej z góry wycieczce. W połowie trasy stoi nawet facet ze styropianową lodówką i sprzedaje lody.

- Bardzo szybko się tu wszystko zmienia. Za pięć-dziesięć lat Vidigal już nie będzie fawelą. Są tu już hostele, wkrada się deweloperka, na każdym kroku są salony piękności - uśmiecha się Marek.

Podobne zmiany można zaobserwować w jeszcze jednej faweli - Santa Marta. Obie budzą już duże zainteresowanie artystów, można wręcz powiedzieć, że stają się modne. A co z resztą? - Nie można spacyfikować wszystkiego, bo nie ma wtedy wentyla bezpieczeństwa i będzie wojna z gangami walczącymi o życie. Ci przestępcy są uzbrojeni i gotowi na konflikt - tłumaczy Marek. Przy okazji przekonuje, że przykładanie do faweli linijki wartości i kultury cywilizacji zachodniej jest pozbawione sensu.

- Fawela to stan umysłu, a nie punkt na mapie. Powiedzmy, że po życiu w takich warunkach od trzech pokoleń jedyne, co oferuje rząd, to pacyfikacja policyjna. Ci ludzie nie wiedzą, jak normalnie funkcjonować, jakie decyzje podejmować. Mieszkaniec jest przyzwyczajony do władzy gangu i ten gang, wbrew pozorom, ma ofertę dla ludzi. Jak im się dom zawali, przynoszą cegły, budują. Jak mąż bije żonę, to idą z nim pogadać. Odgrywają rolę pararządu. Teraz ludzie idą do policjanta i pytają, gdzie kupić butlę z gazem, a on mówi, że to nie jego sprawa, bo ma większe problemy na głowie. Pacyfikacja straciła społeczne poparcie. Nie poszła za nią konkretna oferta dla mieszkańców, choć rząd uważa inaczej - opowiada Marek.

Podczas mundialu zabrał do Complexo do Alemao grupę polskich dziennikarzy. Jeden z nich zapytał małego chłopaka, gdzie by chciał być za 10 lat. - A dlaczego miałbym się gdzieś stąd ruszać? - odpowiedział zdziwiony. - Oni są zadowoleni ze swojego bytu, nawet jak mieszkają w tych słabszych fawelach, gdzie nie ma szans na "brazilian dream".

Od 2011 r. na programy socjalne wydano 560 mln dol. Dużo, mało? Raczej niewiele, biorąc pod uwagę to, że w fawelach Rio mieszka półtora miliona ludzi. W Brazylii zresztą nie ma zgody co do tego, jak rozwiązać ten problem. Co polityk, co urbanista, to inna koncepcja.

- Istnieje makieta projektu Rio bez faweli, zrobiona według pomysłów rynku deweloperskiego. Ale niektórzy uważają, że fawele w ogóle powinno się zostawić samopas, bez żadnej interwencji z zewnątrz. Taka wizja romantycznej utopii, gdzie ludzie organizują się sami. W latach 80. rządził tu gubernator Leonel Brizola, który ją realizował, i to był okres największego rozrostu faweli. Do dzisiaj jest uznawany przez tutejszych komunistów za modelowego polityka, a przez prawicę za źródło upadku. Polityka, wszystko jest subiektywne - kwituje Marek.

Jedna przychodnia i szkoła

Stajemy na szczycie Morro de Dois Irmaos. Gdy odwrócimy się plecami od oceanu, po lewej stronie widać Rocinhę, największą fawelę w Brazylii, cieszącą się bardzo złą sławą.

- Byłem tam kiedyś na imprezie - rzuca mimochodem Kuba.

- Tak po prostu? - pytam zaskoczony.

- Sam z ulicy bym nie wszedł, musiał mnie wprowadzić miejscowy. Tak to działa.

W ten sposób wkraczamy na terytorium naukowych badań Marka. Jego doktorat dotyczy, opisując go w dużym skrócie, kształtowania wizerunku faweli w mediach.

- Obraz jest jeden: przemoc, ból, strach. Nawet brazylijskie gazety mają taką narrację. Tymczasem fawela faweli nierówna. To nie jest tak, że jak się tam zaplączesz, od razu cię zastrzelą, a bieda na każdym rogu kłuje w oczy. Ludzie starają się tam żyć normalnie, w części powstała niższa klasa średnia, która pracuje, ma samochód, telewizor, stara się posyłać dzieci do szkół. W swoim świecie dorobili się wystarczająco. Problemem jest to, że w takim Complexo do Alemao mieszka już 90 tys. ludzi, a jest zaledwie jedna przychodnia i jedna podstawówka. Tam nie ma żadnej świadomości roli edukacji - zauważa Marek.

Brutalna przemoc w fawelach pojawia się rzadko, zazwyczaj wtedy, gdy zaczyna się walka o wpływy. W kwietniu z więzienia o zaostrzonym rygorze uciekł boss jednego z gangów i postanowił odzyskać swój status na jednym ze wzgórz Rio. Odzyskał, ale wraki spalonych aut i autobusów stały na ulicy olimpijskiego miasta jeszcze bardzo długo.

Zwiedzić i nie zrozumieć

Rocinhę od bogatej dzielnicy dzielą tylko płot i ulica. Nawet jeśli z góry trudno ją dostrzec, to linia podziału jest wyraźna. W faweli nie ma czerwonej dachówki. Dwa różne światy, blisko, ale osobno. Asfalt i góra - tak rzeczywistość dzielą tu ci z dołu. W faweli mówi się o nich: "ludzie spoza".

- Kiedy wdrapywaliśmy się tutaj ma górę, szła przed nami grupa młodych ludzi z bogatych domów, sądząc po akcencie - z Sao Paulo. Z ich rozmów wynikało, że są w faweli pierwszy raz i że dla nich to duże przeżycie, bo przecież to takie niebezpieczne. To mówi wszystko. Zaistniał u nas element "trybalizacji", plemienności, podsycany przez polityków i media - twierdzi Marek.

Z faweli schodzimy na piechotę. Rzeczywiście, im wyżej, tym biedniej. Chociaż u góry zostało wybudowane nawet boisko, takie jak nasz orlik. Dzieciaki bawią się latawcami, to ich ulubiona rozrywka. Brudno, biednie, ale na domach, które są uosobieniem pojęcia samowoli budowlanej, zamiast ostrzeżenia: "Uwaga, grozi zawaleniem", wiszą anteny satelitarne, na niektórych nawet po trzy. Na dachach wielkie, niebieskie zbiorniki na wodę. Ludzie się krzątają, jak gdyby nigdy nic, niektórzy siedzą, zagadują. Już przywykli, że świat przyjeżdża ich oglądać. Oni starają się po prostu na tym zarabiać. Choć swoją drogą, to dla nich pewnie dość osobliwe, że chcemy tę biedę faweli - źle to brzmi, ale tak to wygląda - zwiedzać. Ale już niekoniecznie próbować ją zrozumieć.

Wypijamy po piwie w obskurnej knajpce, mijamy bramę i za chwilę możemy skosztować kawy w pięciogwiazdkowym Sheratonie. Witajcie w Rio de Janeiro...

@RY1@i02/2016/156/i02.2016.156.000003200.801.jpg@RY2@

Jae C Hong/AP

Trudno o drugie miasto na świecie, w którym bogactwo i bieda żyją tak blisko siebie

Przemysław Franczak

z Rio de Janerio

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.