LITERACKIE NOWOŚCI
Jeszcze nasi dziadkowie uważali, że znajomość sentencji łacińskich to atrybut inteligenta. Ten, kto wtrącał w wypowiedzi łacińskie zwroty, bywał uznawany za człowieka wykształconego. Dziś łacina popadła w niełaskę, bo w kwestii nauki języków staliśmy się bardziej praktyczni. Jeśli już przytaczać obcojęzyczne przysłowia i powiedzonka, to najlepiej po angielsku. To język nie tylko żywy, lecz także stanowiący przepustkę do współczesnego świata. Czy łacina stała się dziś niepotrzebna? Stanisław Tekieli z powodzeniem przekonuje, że tak nie jest. Opublikowany w ubiegłym roku "Burdubasta" (w żartobliwym tłumaczeniu "zramolały osioł", a w przenośni "podstarzały gladiator") dowodzi, że nauka sentencji łacińskich może być nie tylko zabawą, ale i pretekstem do poznawania wielu niezwykłych anegdot. Książka okazała się na tyle dużym sukcesem, że przyszedł czas na "Burdubastę bis". Tekieli znów wplata popularne zwroty po łacinie w żartobliwe wierszyki i przytacza historie, które wielu z nas mogły dotąd umknąć. Oto na przykład sformułowanie bona fide ("w dobrej wierze") staje się kluczowe dla odczytania wiersza o nakrapianej kurze i opowieści o przesądach starożytnych Rzymian. Czy wiedzieliście, że pianie koguta budziło w mieszkańcach paniczny lęk? Albo co ma wspólnego Sokratejskie "wiem, że nic nie wiem" z Wernerem Heisenbergiem i jego zatargiem z drogówką? Z książki Stanisława Tekielego dowiemy się też, kiedy Rzymianie dopuścili kobiety do ucztowania przy stole i kiedy podczas biesiady wypadło wymknąć się za potrzebą. Przeczytamy o białych krukach i teorii zwanej black swan events. Pozycja obowiązkowa dla tych, którzy chcą uważać się za erudytów, a zaniedbali lekcje łaciny.
@RY1@i02/2016/101/i02.2016.101.19600070b.101.gif@RY2@
Tegoroczne Warszawskie Targi Książki stały się doskonałą okazją do tego, byśmy poznali w Polsce debiutancką powieść Andrei Tompy - monumentalną i wyróżnioną licznymi nagrodami sagę rodzinną, w której kluczową rolę odgrywa burzliwa historia Europy Środkowej. Sama autorka nie kryje tego, że ma wielkie upodobanie do autobiografii, a opowiedziana w "Domu kata" historia w dużej mierze jest oparta na jej życiu. Jeśli doświadczenie bohaterki powieści sprowadzić do jednego pojęcia, byłoby nim poczucie obcości - w sensie narodowym, etnicznym, płciowym. Anonimowa dziewczyna, będąca centralną postacią książki, podobnie jak Tompa jest Węgierką z żydowskimi korzeniami. Podobnie jak ona urodziła się i dorastała w Kolożwarze, mieście przyłączonym po wojnie do Rumunii, którego duży procent ludności stanowili kiedyś Węgrzy.
Właściwie wszystko w rzeczywistości bohaterki okazuje się naznaczone konfliktem: tradycji, języków, postów politycznych, konfliktem władzy z obywatelami, konfliktem pokoleń, konfliktem kobiet z mężczyznami. Świat dziewczyny urodzonej na początku lat 70. nie może być integralny, bo każdy dąży w nim do czego innego. W ostatecznym rozrachunku wszelkie dążenia i tak zresztą miażdży nieliczący się z jednostką reżim Ceau?escu. Stan umysłu bohaterki, próbującej szukać własnej tożsamości, doskonale odzwierciedla narracja. Styl Andrei Tompy jest chaotyczny, co sprawia, że przez "Dom kata" brnie się nie bez trudności. Wielostronicowe zdania, rozdziały, które czyta się, jakby nie do końca przystawały do siebie, potęgują poczucie obcości i nieintegralności - także u czytelnika.
@RY1@i02/2016/101/i02.2016.101.19600070b.102.gif@RY2@
Krisztinę Tóth poznaliśmy już jako autorkę wydanego dwa lata temu i świetnie przyjętego w Polce zbioru opowiadań zatytułowanego "Pixel". Węgierska pisarka dała się wówczas poznać jako twórczyni celnych miniatur skupiających się wokół konceptu ludzkiego ciała. Przy okazji Warszawskich Targów Książki ukazały się kolejne opowiadania Tóth pod zbiorczym tytułem "Linie kodu kreskowego". Pomysł jest podobny. Teksty, przypominające często subiektywne, rwane impresje, znów składają się w mozaikową całość. Każde z opowiadań wyznacza jakąś linię (linię graniczną, linię życia, linię drogi...), tytułowe linie kodu kreskowego mają jednak znaczenie szczególne. Wszyscy, którzy dorastali w czasach komuny, pamiętają owe zagadkowe szyfry widniejące na opakowaniach produktów przywiezionych z Zachodu. Nie wiadomo było, do czego służyły, zdawały się tajemnymi znakami przemyconymi z lepszego świata do gorszej części Europy. Mówimy "Polak Węgier dwa bratanki", ale "Linie kodu kreskowego" dowodzą, że także pomiędzy Polkami i Węgierkami, zwłaszcza tymi wychowanymi w latach 70. i 80., istnieje silna więź siostrzeństwa. Chodziłyśmy do podobnych szkół, nosiłyśmy te same poliestrowe mundurki i tarcze na ramieniu, miałyśmy podobne pragnienia i tęsknoty. Współczesna sytuacja na świecie pokazała, że wspólnota doświadczeń wciąż jest aktualna, ale to temat na inny tekst. Co istotne, opowiadania Tóth nie są wcale sentymentalną podróżą do świata dzieciństwa przed upadkiem komunizmu. Naznacza je raczej poczucie traumy, niemożności podporządkowania się regułom i wymogom. Podmiot kobiecy ma tu wieczne poczucie obcości. Zwłaszcza w relacjach miłosnych.
@RY1@i02/2016/101/i02.2016.101.19600070b.103.gif@RY2@
Malwina Wapińska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu