Duch miejsca
Geniusz lubi tłok, współpracę i społeczną różnorodność. Tak przynajmniej twierdzi Eric Weiner w "Genialnych"
Amerykański dziennikarz Eric Weiner znalazł sobie niszę na szalenie konkurencyjnym rynku literatury non fiction: podróżowanie śladem idei. Z rozbrajającym wdziękiem kompletnego laika Weiner rusza więc raz za razem w świat, próbując ustalić, co sprawia, że ludzie czują się szczęśliwi ("Geografia szczęścia"), albo chcąc zgłębić tajemnicę religijności ("Poznam sympatycznego boga"). Specyfika pisarstwa Weinera jest taka, że nieustająco zachowuje on dobre samopoczucie - podczas gdy reportaże z całego globu donoszą o okrucieństwie i cynizmie homo sapiens, Weiner przeważnie chichocze. To ma swoją wartość.
Polski tytuł najnowszej książki Amerykanina jest nieco mylący. Oryginalnie nie są to "Genialni", lecz "Geografia geniuszu" ("Geography of Genius") - Weinera więc interesowało nie tyle ustalenie kryteriów genialności, ile refleksja na temat miejsc i momentów historycznych sprzyjających wysypowi niezwykłych umysłów. Tej wędrówce patronuje przede wszystkim genius loci, starorzymska koncepcja siły opiekuńczej władającej jakimś miejscem - od antycznych Aten, przez renesansową Florencję, po Dolinę Krzemową w Kalifornii.
Z paroma powszechnymi wyobrażeniami na temat geniuszu Weiner radzi sobie nader sprawnie. Rozbija stereotyp przywołujący postać socjopatycznego odludka z nieuporządkowaną fryzurą - zawłaszczony przez popkulturę wizerunek postrzelonego profesora. Owszem, powiada Weiner, ludzie genialni bywają flejtuchami, i owszem, bałaganiarstwo i roztrzepanie sprzyjają kreatywności, ale zarazem geniusz nie jest i nie może być samotny, bo to fenomen ściśle społeczny w znacznie większym stopniu, niż nam się zdaje. Czy może, mówiąc nieco inaczej, psychologiczne predyspozycje do genialności w pełni urzeczywistniają się jedynie w specyficznym kontekście - w kontekście kooperacji.
Miejsca, w których dochodziło do koncentracji intelektu i sił twórczych (oprócz wspomnianych wcześniej Weiner przygląda się jeszcze Wiedniowi czasów Mozarta - jak również Wiedniowi czasów Freuda, dodajmy - a także średniowiecznemu chińskiemu Hangzhou, XVIII-wiecznemu Edynburgowi i XIX-wiecznej Kalkucie), miały parę wspólnych cech: leżały na pograniczu kultur, w epokach społecznych przełomów, były tłoczne i otwarte na obcych, niekoniecznie bogate i syte, ale dysponujące instytucją swobodnej dyskusji, gotowe ponosić porażki i łamać schematy. Co najważniejsze, chwile ich świetności trwały krótko, góra kilkadziesiąt lat, potem zaś następował albo powolny upadek, albo jakiś przykry militarny bądź gospodarczy kataklizm. Szukam w polskiej historii podobnych przypadków - z marszu dostrzegam jeden: lwowską szkołę matematyczną w dwudziestoleciu międzywojennym. Nieprzypadkowo świetna książka Mariusza Urbanka o Stefanie Banachu i jego kolegach z kawiarni Szkockiej też nosi tytuł "Genialni".
Ciekawe, że genius loci jest niepodrabialny - żadne, ani państwowe, ani prywatne, hodowle geniuszy nie przyniosły nigdy oczekiwanych rezultatów. Nie wystarczy zgromadzić młodych ludzi z wysokim IQ, żeby po latach otrzymać klub noblistów. O ile jednak ciężko przewidzieć, gdzie i kiedy nastanie złoty wiek, o tyle dużo łatwiej jest założyć, gdzie na urodzaj geniuszy nie ma większych szans: w zamkniętych, monokulturowych społecznościach nastawionych na bezpieczeństwo, konsumpcję i obronę twierdzy przed obcymi.
Piotr Kofta
@RY1@i02/2016/063/i02.2016.063.19600070c.802.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu