Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Kino domowe

Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Wierność logice i prawom fizyki nigdy nie była mocną stroną "Sherlocka", co serialowi nie szkodziło. Tym razem jednak twórcy przesadzili. Bohaterów przenieśli do wiktoriańskiej Anglii. Jak zwykle: jest morderstwo, ale nie ma mordercy. Choć właściwie jest, bo za sprawcę zbrodni uchodzi panna młoda, która do świata żywych powróciła zza grobu. Dochodzenie prawdy jest wyjątkowo trudne. Tropy mieszają się, a racjonalny ogląd rzeczywistości zaburzają eksperymenty z narkotykami. Za dużo tego wszystkiego. Podróże w czasie i mieszające się stany świadomości wprowadzają chaos i nadużycia fabularne. Siłą "Sherlocka" była umiejętność balansowania na granicy hucpy i powagi. Brak konsekwencji nie odbierał przyjemności z projekcji. W świątecznym odcinku kolejne wolty powodują, że akcja rozchodzi się. Do tego stosunki między bohaterami są posunięte do granic. Sherlock i Watson przypominają bardziej stare małżeństwo niż indywidualności zjednoczone wspólnym celem. Film ratują feministyczne wątki, a wydanie DVD płyta z licznymi dodatkami.

Artur Zaborski

@RY1@i02/2016/044/i02.2016.044.196000200.101.gif@RY2@

Oryginalny tytuł filmu "Scouts Guide to the Zombie Apocalypse" (polski, "Łowcy zombie", jest wyjątkowo bezbarwny) obiecywał wiele. Ale na obietnicach się skończyło, tytuł okazał się raczej spojlerem, w filmie Christophera Landona bowiem niczego więcej nie ma. To pozbawiona wdzięku opowieść o trzech skautach, którzy w obliczu zagrażającej ludziom inwazji żywych trupów muszą zrobić użytek ze swoich harcerskich umiejętności i przejść przyspieszony kurs wchodzenia w dorosłość. Seriale i filmy o ożywionych nieboszczykach pojawiają się ostatnio szybciej i gęściej niż same zombie, więc każda próba obalenia rządzących nimi reguł - jak na przykład w słynnym "Zombieland" sprzed paru lat - jest mile widziana, ale w "Łowcach zombie" humor jest zbyt prostacki, a gatunkowe klisze wyjątkowo drażniące. Jedyną ciekawostką jest pierwsza większa rola Patricka Schwarzeneggera: gra tak drętwo, że jego słynny ojciec wydawać się może przy nim najzdolniejszym uczniem Stanisławskiego.

Jakub Demiańczuk

@RY1@i02/2016/044/i02.2016.044.196000200.102.gif@RY2@

Biografia Jamesa "Whiteya" Bulgera idealnie nadaje się na scenariusz mrocznego kryminału. Brutalny bostoński gangster, prowadzący dość skromne życie, bo - jak mówił - ważniejsze były interesy, w 1975 roku podjął współpracę z FBI. Jako informator doskonale potrafił wykorzystywać kontakty z policją do zwalczania konkurencji. Twórcy "Paktu z diabłem" przenoszą nas do lat 70. i 80., by prześledzić karierę Bulgera w roli informatora. W postać "Whiteya" wcielił się mocno ucharakteryzowany Johnny Depp. Warto jednak zwrócić tu uwagę na pozostałych aktorów, z których wielu stworzyło dużo bardziej zapadające w pamięć kreacje. To chociażby Joel Edgerton jako agent FBI czy Rory Cochrane jako przyjaciel Bulgera. Do tego dochodzą m.in.: Kevin Bacon, Dakota Johnson, Juno Temple, Jesse Plemons, Peter Sarsgaard i Benedict Cumberbatch. Przy całym kunszcie aktorów i doskonale odwzorowanym klimacie lat 70. i 80. niestety blednie sama historia. Scenariusz wydaje się zwyczajnie nudnawy, nie trzyma tempa. Zupełnie inaczej niż biografia Bulgera.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2016/044/i02.2016.044.196000200.103.gif@RY2@

Od dwóch lat kapituła przyznająca Złote Maliny wręcza także The Redeemer Award, czyli specjalne wyróżnienie dla twórców, którzy po latach wpadek ostatnio się zrehabilitowali. W tym roku nagrodę dostał Sylvester Stallone, a wśród nominowanych znalazł się - właśnie dzięki "Wizycie" - M. Night Shyamalan. Czy jego najnowszy film jest rehabilitacją? Nie do końca, tym bardziej że po takich gniotach jak "Ostatni władca wiatru" czy "Tysiąc lat po Ziemi" trudno upaść niżej. Ale nie ulega wątpliwości, że ta niskobudżetowa, skromna produkcja to najlepszy film Shyamalana przynajmniej od czasu "Osady". Nakręcona w stylistyce found footage historia dwójki dzieciaków, które spędzają weekend u nigdy wcześniej niewidzianych, zdziwaczałych dziadków, zaskakuje niezłym humorem, dobrym tempem, umiejętnie stopniowanym napięciem, czyli wszystkim, czego w ostatnich filmach twórcy "Szóstego zmysłu" zabrakło. I choć finałowy twist specjalnym zaskoczeniem nie jest, Shyamalan udowodnił, że przedwcześnie spisaliśmy go na straty.

Jakub Demiańczuk

@RY1@i02/2016/044/i02.2016.044.196000200.104.gif@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.