Wydmuszka z "Frankensteina"
Miał być grand spectacle, ale z "Frankensteina" w Teatrze Syrena wyszła banalna opowieść o wykluczeniu, ośmieszona bezradnością świetnych przecież aktorów
W programie czytam, że sztuka Nicka Deara, który zaadaptował klasyczną powieść Mary Shelley, przebojem zdobyła Londyn, gdzie przedstawienie na jej podstawie wyreżyserował sam Danny Boyle. Nie wiem, co zrobił z tym tekstem autor "Trainspotting", a może to Bogusław Linda zdecydował się na daleko idące skróty. Nicka Deara znamy w Polsce z dość udanej "Władzy", przygotowanej przed laty w Narodowym przez Jana Englerta. Tym razem - przynajmniej sądząc po inscenizacji w Syrenie - mamy do czynienia z dramaturgiczną hybrydą, ni scenariuszem filmowym, ni partyturą dla spektaklu. Postaci pojawiają się i znikają bez psychologicznego i fabularnego uzasadnienia, trupy ożywają, by i tak przepaść jak sen złoty. Potwór Eryka Lubosa najpierw mozolnie, chyba przez kilkanaście minut, rodzi się w bólach, potem bełkocze coś z trudem, nie rozumiejąc ludzkiej mowy. Tymczasem już za chwilę przemawia pełnymi zdaniami, po czym przechodzi do filozoficznych sentencji. Doprawdy błyskawiczna metamorfoza.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.