Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Kto przeżył, wie: Warszawa nie mogła się nie bić

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Już nie dało się ukryć, że coś się szykuje. Na ulicach było więcej niż zwykle młodych ludzi. Pomimo bardzo ciepłego, letniego dnia ubrani byli w długie płaszcze albo sportowe ubrania. Z przewieszonymi przez ramię torbami, czasem z paczkami pod pachą. Tajemnicze uśmiechy, płonące oczy, pod pachą powstańczy ekwipunek to na razie, zanim założą biało-czerwone opaski, informacja mówiąca warszawiakom, kim są

Polska przez 123 lata była w niewoli. Kiedy w 1918 r. wreszcie odzyskała niepodległość, wolność stała się wartością największą, o którą należało walczyć, nawet jeżeli miało to być związane z ofiarą życia. W takim duchu wychowywano pierwsze pokolenia urodzone w międzywojennej Polsce. Wolnością dane było cieszyć się jedynie 21 lat. We wrześniu 1939 r. rozpoczęła się niemiecka okupacja.

Przez pięć lat Polacy, a szczególnie warszawiacy, poddani byli niewyobrażalnemu terrorowi i bestialstwu. Nie było w mieście człowieka, którego nie dotknęłoby okrucieństwo Niemców. Nie sposób było pogodzić się z tym i żyć w upodleniu zgotowanym przez okupanta. W masowych egzekucjach ginęli przypadkowi ludzie zatrzymywani w łapankach ulicznych. Podejrzanych o przynależność, czy choćby najmniejszą współpracę z organizacjami konspiracyjnymi, więziono na Pawiaku, przesłuchiwano i katowano w alei Szucha. Przez wszystkie lata wywożono ludzi na roboty do Niemiec i do obozów koncentracyjnych.

Warszawiacy czekali na dzień, kiedy wreszcie będą mogli odpłacić za lata upokorzeń i traktowania jak zwierzyny łownej. Za niszczenie i grabienie dziedzictwa kultury, pozbawienie możliwości edukacji. Pragnęli pomścić pomordowanych w egzekucjach, zakatowanych i wywiezionych.

Czara się przelała

W lipcu 1944 r. w warszawiaków wstąpiła nadzieja. W połowie miesiąca zaczęło się wielkie poruszenie wśród Niemców. Wielu w panice opuszczało miasto. Uciekinierzy chętnie sprzedawali broń, która trafiała do polskich konspiratorów. Z wielką radością obserwowano te nerwowe działania okupanta, który nie czuł się tu już jak naród panów. Radio "Kościuszko" nadające z Moskwy nawoływało stolicę do walki. Obiecywano pomoc zbliżającej się Armii Czerwonej.

Po 25 lipca Niemcy opanowali panikę. Zaczęli wracać do miasta. Znowu na ulicach pojawili się uzbrojeni żołnierze mający siać postrach. 27 lipca gubernator Fischer wydał rozporządzenie wzywające 100 tys. mężczyzn w wieku od 16 do 60 lat. Mieli stawić się do kopania rowów na obrzeżach miasta. Warszawiacy zignorowali polecenie. Przez lata okupacji wiele widzieli i przeżyli, żeby łudzić się, że Niemcy darują takie nieposłuszeństwo. Jeszcze tego dnia pułkownik Antoni Chruściel "Monter", komendant Okręgu Warszawa-Miasto Związku Walki Zbrojnej, ogłosił mobilizację.

Kiedy po kilku godzinach została odwołana, większość mieszkańców Warszawy była rozgoryczona. Wiedzieli, że to tylko kwestia czasu, że zbliża się ten wyczekiwany moment, kiedy padnie rozkaz podjęcia walki.

31 lipca 1944 r. po południu generał Tadeusz Komorowski "Bór", dowódca Armii Krajowej, zdecydował: "Godzina W 1 sierpnia 17.00".

Do boju marsz

Po ponad 70 latach powstańcy wspominający 1 sierpnia 1944 r. nie są w stanie opanować wzruszenia. Najtrudniejsze były rozstania z bliskimi. Wyjście z domu. Aleksandra Diermajer-Sękowska, ps. Oleńka, tak zapamiętała pożegnanie z matką: "Obie z siostrą spotkałyśmy się z mamą w mieszkaniu przy Potockiej. Irena przyszła, żeby pożegnać się i powiedzieć, że idzie walczyć. Dostała wezwanie do punktu zbornego. Mama nie panikowała, nie płakała. Nigdy nas nie wypytywała, wielu rzeczy się domyślała, ale wygodniej jej było nie wiedzieć. Chcąc dodać sobie siły, pocieszała się, że przynajmniej ja zostanę. Siostra natychmiast wyprowadziła ją z błędu. Widziałyśmy, że było jej ciężko, popłynęły łzy, ale była twardą kobietą".

Halina Jędrzejewska, ps. Sławka, żegnając się z rodzicami, nawet nie pomyślała, że nigdy więcej nie zobaczy ojca, że to ostatnie dni jego życia.

Wspomnienie Marii Czapskiej-Pajzderskiej, ps. Marysia: "1 sierpnia rano 1944 r., wiedziałam już o mobilizacji. Nastąpił wreszcie ten bardzo oczekiwany dzień zapłaty za pięć lat okrucieństw i upodlenia. Każda minuta oczekiwania wydawała się wiecznością. Sprawdzałam, czy wszystkie potrzebne rzeczy są już w chlebaku. Pakowałam biały fartuch tak, żeby paczka, w której będę go niosła, nie budziła żadnych podejrzeń. Niemcy nie powinni zorientować się, że ci młodzi ludzie, niosący paczki i bardzo się spieszący, to żołnierze Podziemnego Państwa Polskiego. Zdążają do punktów mobilizacyjnych. Taki mają rozkaz! Tak chcą! Najtrudniejszy moment - pożegnanie z mamą. Słowa pociechy i zapewnienia. O czym można było zapewniać? Teraz już prawie nic nie zależało od nas. Obie z siostrą przed samym wyjściem jeszcze raz popatrzyłyśmy na wszystko, co zostawiałyśmy. Może to ostatni raz. Było ciężko i smutno, ale kiedy po godzinie 14 wybiegłyśmy na ulicę, czułyśmy już tylko radość i ogromne podniecenie. Ostatni odcinek do pokonania do punktu mobilizacyjnego to ostatni etap konspiracji. Później już wolna, walcząca Polska".

Wspólnota

Witold Kieżun wspomina, że było to wielkie święto nie tylko tych, którzy szli walczyć, ale całej Warszawy: "Najbardziej wzruszającym momentem było odebranie biało-czerwonych opasek. Zeszliśmy na podwórko. Tłumy ludzi witały nas oklaskami. Wszyscy tak samo mocno przeżywaliśmy pierwsze chwile wolności. W tych początkowych godzinach, a nawet dniach, doświadczaliśmy niezwykłej solidarności i jedności. Milion ludzi czuło i myślało tak samo. Tego samego pragnęło. Ludność cywilna wspierała nas nie tylko słowami, gestami, ale czynem. Mieszkańcy Warszawy pomagali w budowie barykad, dzielili się jedzeniem. Ta jedność była czymś niesamowitym. Była w nas wszystkich siła i chęć odwetu za pięć lat terroru. Nie myśleliśmy o niebezpieczeństwie, śmierci. Najważniejsze było walczyć!".

pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki:

"Trzeba było przeżyć pięć lat okupacji w Warszawie w cieniu Pawiaka, trzeba było słyszeć codziennie odgłosy salw tak, że przestawało się je słyszeć, trzeba było asystować na rogu ulicy przy egzekucji dziesięciu, dwudziestu, pięćdziesięciu przyjaciół, braci lub nieznajomych z ustami zalepionymi gipsem i oczami wyrażającymi rozpacz lub dumę. Trzeba było to wszystko przeżyć, aby zrozumieć, że Warszawa nie mogła się nie bić".

@RY1@i02/2017/147/i02.2017.147.21400010a.101(c).jpg@RY2@

Edmund Baranowski, "Jur" ze swoją powstańczą opaską, 2016 r.

@RY1@i02/2017/147/i02.2017.147.21400010a.102(c).jpg@RY2@

Maria Pajzderska, "Marysia" (pierwsza od lewej) podczas posiłku kompanii "Grażyna" przy Mazowieckiej 4

@RY1@i02/2017/147/i02.2017.147.21400010a.103(c).jpg@RY2@

Kazimierz Radwański, "Kazik" i Maria Pajzderska, "Marysia" podczas obchodów 70. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego

Małgorzata Czerwińska-Buczek

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.