Silne kobiety
TELEWIZJA Kino nie wystrzega się już inteligentnych kobiet, ale wciąż ma skłonności do tego, by robić z nich superbohaterki. My chcieliśmy tego uniknąć - mówi J ean-Marc Vallée, reżyser serialu "Wielkie kłamstewka"
Jak wyglądała adaptacja powieści Liane Moriarty do siedmioodcinkowego serialu?
Traktuję ten serial bardziej jak siedmiogodzinny film. Kiedy przeczytałem książkę, pomyślałem, że jestem wielkim szczęściarzem, że nie muszę rezygnować z wątków, które chcę przenieść na ekran. Ta powieść jest bardzo głęboka, rozbudowana. Nie składają się na nią jednak dygresje ani perypetie mniej ważnych postaci, tylko codzienność głównych bohaterek, w które wcieliły się Nicole Kidman, Reese Witherspoon i Shailene Woodley. Te kobiety w książce były kapitalnie zarysowane, a one i tak nadały im jeszcze bardziej indywidualne cechy.
To trzy aktorskie indywidualności. Trudno było je reżyserować?
W ogóle ich nie reżyserowałem.
Jak to?
Tak jest zawsze. Moim zdaniem na planie rola reżysera ogranicza się do mówienia "akcja" i "cięcie" oraz do wyrażania emocji na temat tego, co dzieje się na planie. "Jest dobrze", "Może być lepiej", "Spróbujmy jeszcze raz" - to jest sedno reżyserii. Casting: tam leży 90 proc. pracy do zrobienia. Kierowanie aktorami to po prostu puszczenie akcji - wtedy wszystko się dzieje, aktorzy stają się twórcami.
Czuł się pan przytłoczony przez tak mocną obsadę?
Tak, czasami tak. Szczególnie na początku. Pamiętam ten widok, kiedy one trzy siedziały naprzeciwko siebie: takie silne, pewne siebie kobiety, inteligentne, wrażliwe, kompetentne, utalentowane. Stoją, dyskutują głośno, a ja robię się taki mały i po prostu godzę się z sytuacją. Po cięciu, nie chcąc żadnej z nich urazić, idę do nich i rozmawiam ze wszystkimi naraz. Na szczęście nie działo się tak zbyt często. Na planie jestem zawsze pierwszą widownią. Kiedy oglądałem, co te aktorki robią, ile mają w sobie pasji i zaangażowania, zapominałem dawać sygnał cięcia. Na takich planach reżyser przypomina sobie, na czym polega jego praca. Albo inaczej: na czym powinna polegać.
Nie powinien pan umniejszać swojej roli. Aktorki wyrażają się o panu w superlatywach. Zresztą HBO też wybrało pana nie bez kozery.
Zabawne jest, że ja na początku w ogóle nie wiedziałem, że będę kręcił dla HBO. Miałem świadomość jedynie tego, że serial będzie nadawany w jakiejś telewizji kablowej. Ale fakt, że to właśnie ta stacja będzie go emitować, wiele ułatwił w procesie pisania - nie trzeba było bowiem uwzględniać przerw reklamowych ani ograniczeń federalnych. Taka sytuacja jest komfortowa i pozwala na więcej, jednak to nie tak, że siadam i myślę "no dobra, to teraz kręcę dla HBO - włączmy tryb HBO". Dużo ważniejsze było wejście w tamten świat z książki, zasiedlenie się w nim i wyrażenie, opisanie go przez siebie.
Czyją decyzją było przeniesienie umiejscowienia akcji z Sydney do Monterey? I dlaczego Monterey?
Bardzo chcieliśmy zachować kluczowe elementy z powieści: społeczność plażową, ocean, estetykę miejsca. Chcieliśmy też wykreować przyciągający świat, niczym z folderu z biura podróży. Jednak w miarę upływu czasu, który tam spędziliśmy, odkrywaliśmy coraz to nowe oblicza brzydoty ukrytej pod powierzchnią. Ponadto duża część z oscarowej obsady miała bardzo napięty grafik. Dlatego zdecydowaliśmy się przenieść plan do Kalifornii, najlepiej gdzieś blisko Los Angeles. Istotna dla historii była też kwestia zróżnicowanej demografii, a tamte okolice właśnie się nią charakteryzują.
Dla mnie przyroda w serialu jest nie tylko pociągająca, ale też groźna.
Ja sam zostałem porażony potęgą oceanu, jaka objawia się w tamtym miejscu. Nigdy nie widziałem tak wściekłych fal w Malibu. Dla mnie ten ocean charakteryzuje przemoc, bezlitosną, dziką, nieokiełznaną, co świetnie koresponduje ze stanami psychicznymi bohaterów, którzy są spokojni i nagle wybuchają. Wykorzystaliśmy to nawet w serialu. Jest kilka scen, kiedy bohaterki siedzą na balkonie, który wznosi się nad oceanem. Patrzą w jego toń, niepewne tego, w jaki sposób się zachowa, tak jak niepewne są tego, w jaki sposób zachowają się ich partner czy dzieci.
Podobną rolę odgrywa muzyka, która jest również bardzo emocjonalna. Sam dokonał pan jej wyboru?
Lubię dokonywać wyborów muzycznych, ale tym razem nie miałem mieć zupełnej swobody. Za wybór utworów odpowiadać miał bowiem David E. Kelley, twórca całego przedsięwzięcia. Ku jego frustracji zasypywałem go kolejnymi propozycjami. W końcu skapitulował i zostawił tę kwestię do mojej decyzji.
Dlaczego to on miał o nią zadbać?
Bo muzyka odpowiada za kreację bohaterów. To, czego słuchają, dookreśla to, kim są. David odpowiadał za scenariusz, w związku z czym to on wiedział, po jakie utwory będą sięgać te postaci. Na szczęście nie jest on twórcą totalitarnym, tylko takim, który szuka jak najlepszych rozwiązań. Kiedy uznał, że mam ucho do muzyki, bez żalu oddał mi pałeczkę.
Aktorki nie miały w tej kwestii nic do powiedzenia?
Leon Bridges został wybrany przez małą Chloe, żeby pomóc pogodzić się z przyjaciółką. Ta siedmiolatka ma taką wiedzę muzyczną, jakby od urodzenia pracowała jako DJ. W serialu jest scena, w której Reese słucha piosenki w samochodzie. To jest utwór, na który uparła się sama Reese, bo wcześniej Chloe jej go przedstawiła. Słucham w życiu prywatnym mnóstwo muzyki i raczej trudno jest mnie zagiąć w tej kategorii, ale wiedzą Chloe byłem po prostu porażony. Jest niesamowita. Mam nadzieję, że będzie kontynuować swoją pasję.
Czy były inne kwestie, w których pan i David musieliście szukać konsensusu?
Nie, zupełnie nie. Byłem przekonany od samego początku do jego wizji. Wystarczyło, że przesłał mi scenariusz pierwszych dwóch epizodów. Do tego stopnia mnie zafascynowały, że nie przeczytałem książki, dopóki David nie był gotowy z całością. Tak bardzo chciałem skupić się na jego materiale, a dopiero potem konfrontować go z literackim oryginałem. Niesamowicie ujął postaci kobiet.
Aktorki twierdzą, że tak jak David potrafi pisać o kobietach, tak pan potrafi opowiadać o nich za pomocą filmowych środków wyrazu.
Nie twierdzę, że potrafię zrozumieć postaci kobiece lepiej niż jakiś inny reżyser. Staram się podchodzić do bohaterów z miłością. Jeśli nie znajdę sposobu, aby pokochać postać, którą reżyseruję, to bardzo trudno poświęcić mi konieczny czas na doszlifowywanie jej. Już sposób przedstawienia bohaterów w powieści przemówił do mojego serca. Mieliśmy ogromne szczęście, że mogliśmy współpracować z tak znakomitą obsadą, która także wniosła swoje doświadczenie i perspektywę. Dla mnie ważnym etapem jest właśnie współtworzenie, doszlifowywanie ról z ich odtwórcami. Nie jestem artystą, który przychodzi na plan i mówi: ma być tak i tak, ja wiem najlepiej. Bo wcale nie wiem. Mam mnóstwo pytań i wątpliwości, które zawsze rozwiewam ze swoimi współpracownikami. Pod tym kątem plan "Wielkich kłamstewek" był wyjątkowy i niesamowicie satysfakcjonujący ze względu na poświęcenie, które każdy włożył we własną rolę. Wszyscy uwierzyli w fabułę i we mnie. Wspieraliśmy się i dbaliśmy o siebie nawzajem.
O tym też opowiada serial, którego ważnym aspektem jest przyjaźń między kobietami. Tylko razem potrafią stawić czoła nieprzychylnej rzeczywistości.
Istotne było dla mnie to, że silne kobiety inwestują w siebie nawzajem. Nie wychwalamy, ale też nie lekceważymy indywidualizmu, których dla nich jest niezwykle istotny, ale jednak nacisk kładziony jest na współpracę zespołową, wzajemne wsparcie i motywacja. W dzisiejszych czasach to bardzo istotne. Kino nie wystrzega się już, na szczęście, inteligentnych kobiet, ale wciąż ma skłonności do tego, by robić z nich superbohaterki, niezależne od nikogo. Nam zależało bardziej na tym, żeby wpisać je w krajobraz społeczny jako grupę, pokazać, że otaczają nas silne kobiety, a nie że wśród kobiet jest jedna, którą charakteryzuje odwaga i moc. Nie jest przecież tak, chociaż lubimy tak myśleć.
Dlaczego?
Bo bycie otoczonym przez silne i niezależne kobiety jest wymagające.
Także dla kina? Jak wytwórnie filmowe i stacje telewizyjne reagują dziś na pomysły filmów i seriali o silnych kobietach?
Znacznie przychylniej niż kiedyś, chociaż wciąż brakuje nam filmów, które ugruntowałyby jakąś ikonografię. Mężczyźni zdominowali każdy gatunek filmowy. Są sztandarowymi postaciami od westernu po melodramat. Nie ma jeszcze takiej gałęzi kina ani telewizji, która w jednoznacznie pozytywny sposób kojarzyłaby się z kobietami. Myślę, że to kwestia czasu, aż on się narodzi. Jeśli chodzi o nasz projekt, to my nie mieliśmy żadnych problemów z jego realizacją pod tym kątem. Ale trzeba pamiętać, że my tworzyliśmy go na zamówienie nowocześnie myślącego i oryginalnego zleceniodawcy, którym jest HBO. Myślę, że osobą, która miałaby na ten temat najwięcej do powiedzenia, jest Reese Witherspoon. Ona widząc, w jaki sposób przedstawiane są postaci kobiece, zbuntowała się i założyła własną wytwórnię filmową, która produkuje jedynie te filmy, które portretują nieszablonowo kobiety. Pracują z nią świetni reżyserzy i twórcy, więc nie ma wątpliwości, że to była słuszna decyzja. Ona ma realne szanse zmienić krajobraz kobiet w kinie w ogóle. Trzymam za to mocno kciuki. ⒸⓅ
@RY1@i02/2017/034/i02.2017.034.19600040a.802.jpg@RY2@
fot. HBO
Shailene Woodley, Reese Witherspoon i Nicole Kidman w "Wielkich kłamstewkach"
@RY1@i02/2017/034/i02.2017.034.19600040a.801.jpg@RY2@
fot. Helga Esteb/Shutterstock
Rozmawiał Artur Zaborski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu